-Jai jeżeli zaraz nie przyśpieszysz to obiecuje ci że wysiądę z tego samochodu, wyciągnę cię z niego siłą i sama tam pojadę - wycedziłam przez zęby. Byłam na niego zła, nie ja byłam na niego wściekła dobrze znałam możliwości tego samochodu i wiedziałam że nie jest on stworzony do jazdy zgodnie z przepisami. W umiejętności kierowcy też nie miałam jak wątpić, zbyt wiele razy widziałam go w wyścigach, a więc postanowił zrobić mi na złość, specjalnie chciał utrudnić mi życie. Tylko po co miałby to robić. Logiczne myślenie powoli do mnie wracało, to że do tej pory zachowywałam się jak furiatka nie znaczyło że nie umiałam poprawnie ocenić sytuacji. Zwyczajnie się na nim wyżywałam, wiedziałam że cała ta sytuacja jest tylko i wyłącznie moją winą, i starałam się chociaż część tego poczucia winy przerzucić na kogoś innego, ale kiedy zdałam sobie sprawę z tego że oskarżam niewinną osobę, w dodatku jest to mój jedyny przyjaciel poczułam się jeszcze gorzej. Nie mogłam uwierzyć że mój mózg znowu to robił, czy ja naprawdę byłam aż tak słaba psychicznie że miałam sobie z tym nie poradzić?? Przecież i tak radziłam sobie ze świadomością tego że za kilka miesięcy umrę, a miałam się załamać przez coś takiego.
-Przepraszam -wyszeptałam. -Ale nie mógłbyś chociaż spróbować jechać szybciej-zabrzmiało to jak żałosne błaganie, ale nie dbałam o to co on sobie o mnie pomyśli. Zawsze był jedyną osobą przy której nie musiałam niczego ukrywać, właśnie dlatego tak bardzo ceniłam sobie jego przyjaźń.
Wsunęłam palce we włosy i zaczęłam płakać, emocje przechodziły przeze mnie jak fale, nie umiałam nad tym zapanować, między wściekłością a rozpaczą była tak cienka granica, że nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego kiedy ją przekroczyłam.
Poczułam że Jai zatrzymuje samochód i podniosłam wzrok zdezorientowana.
-Co się stało?? Dlaczego się zatrzymujemy?? Dlaczego nie jedziemy??- rozglądałam się wokół, ale łzy prawie zupełnie przesłoniły mi widoczność. - Dlaczego do cholery nie jedziemy??-wykrzyczałam w stronę Jai'a. Znowu czułam narastającą wściekłość, czy on nie potrafił zrozumieć tego że ja chciałam być teraz przy Luke'u, musiałam przy nim być, przynajmniej ten jeden raz nie chciałam go zawieść.
-Jessica!!!-słyszałam że Jai mnie woła, ale jego głos docierał do mnie jakby z pod wody, wydawało mi się że dzielą nas tysiące kilometrów i nawet gdybym bardzo chciała nie mogłam nawiązać z nim żadnego kontaktu.
-Jessica uspokój się i popatrz na mnie. Słyszysz popatrz na mnie.
Wykonałam jego polecenie, nawet nie zdając sobie sprawy z tego że wykonuje jakiekolwiek ruchy, czułam się zupełnie odłączona od ciała, jakby ono miało swój własny rozum i decydowało za mnie o każdym ruchu. Oczy Jai'a były spokojne, zupełnie niewzruszone jak dwie latarnie które pozwoliły mi obrać odpowiedni kierunek. Chyba wyczuł że odzyskałam kontakt z rzeczywistością, bo rozluźnił nieco uścisk dłoni które trzymał na moich policzkach.
-Nigdzie nie pojedziemy dopóki się nie uspokoisz.
Z całej siły zagryzłam wargi, nie umiałam powstrzymać się od płaczu, to było silniejsze ode mnie.
-Ty nic nie rozumiesz Jai- powiedziałam z wyrzutem.- To wszystko moja wina, to przeze mnie on miał wypadek, byłam głupia że w ogóle do niego poszłam, powinnam trzymać się od niego z daleka, wtedy przynajmniej byłby bezpieczny. -Na jednym wydechu wypowiedziałam wszystko co leżało mi na sercu, miałam tak ogromne poczucie winy, że czułam jak przyciąga mnie ono do ziemi. Nie ma na świecie gorszego uczucia niż to kiedy komuś kogo kochasz nad życie dzieje się krzywda i to z twojego powodu.
-Nie wolno ci tak mówić ja ci na to nie pozwalam, to nie była niczyja wina a już na pewno nie twoja. Powiedzieli mi że stracił panowanie nad samochodem i wjechał w ścianę. -Przestałam oddychać kiedy powiedział mi co się stało. Zrobiło mi się czarno o przed oczami i moja wyobraźnia podsunęła mi najstraszniejszy obraz jaki mogłam w życiu zobaczyć. Trumnę w której leżała miłość mojego życia, miał sine usta i przerażająco bladą skórę, słyszałam tylko jeden głos dudniący mi w uszach, powtarzał nieprzerwanie te same słowa: ''To twoja wina''.
-Jeśli on umrze- przez zaciśnięte gardło miałam kłopoty z mówieniem.- Ja sobie nigdy tego nie wybaczę.
-Cholera Jessica co ty mówisz.
Jai wyglądał na autentycznie zaskoczonego moimi słowami. Zastanawiałam się czy naprawdę jest aż tak dobrym aktorem, bo nie wierzyłam w to że nie przyszła mu do głowy taka ewentualność. Przecież on wjechał w ścianę, nie ciężko się było domyśleć jak się to może skończyć.
-On żyje, i będzie żył, nie mów że tego nie czujesz. -Zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc do końca o co mu chodzi. -Wsłuchaj się po prostu w swoje serce, ciebie i Luke'a łączy specyficzna więź której ja nie umiem zrozumieć, ale wiem że gdyby on umarł poczułabyś coś. To co jest między wami jest zbyt silne żeby on mógł cię zostawić bez pożegnania.
Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam przez szybę, potrzebowałam chwili na zrozumienie tego, że on na prawdę miał rację, czułam że Luke żyje. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
-No widzisz- powiedział Jai ścierając łzę z mojego policzka.- Więc się uspokój, jadę wolno bo wiem że Luke nigdy by mi nie darował gdyby coś stało się tobie, albo waszemu dziecku.
Przytaknęłam usiłując zachować uśmiech na twarzy, w rozumowaniu Jai'a był jeden mały błąd. Luke nie uznawał tego dziecka, uważał że go zdradziłam, że z wielką przyjemnością spałam z innym mężczyzną. Gdyby tylko mi uwierzył, gdyby dał mi chociaż wszystko wytłumaczyć. Zresztą wątpię żeby jakiekolwiek tłumaczenie do niego dotarło, nie ufał mi, a to przekreślało wszystko. Mimo że miał prawo tak bardzo mnie znienawidzić czułam się zawiedziona, po tym wszystkim przez co razem przeszliśmy, jak za każdym razem mu wybaczałam, on nie umiał mi zaufał raz. Ten jeden jedyny raz.
Wbiegliśmy z Jai'em do szpitala w rejestracji dowiedzieliśmy się że Luke jest na sali pooperacyjnej, podobno jego stan jest stabilny. Odetchnęłam z ulgą, ale mimo wszystko znalazłam się pod salą tak szybko jak tylko dałam radę. Chciałam przynajmniej czuć że jestem blisko niego. Jai rozmawiał z lekarzem, dowiedział się że jak na tak poważny wypadek Luke wyszedł z niego w dobrym stanie, ale odwiedzić możemy go dopiero za dwadzieścia cztery godziny. Nie chciałam wracać do domu, pomimo ciągłego namawiania przez Jai'a nawet nie ruszyłam się z miejsca, przecież musiałam przy nim być, za te kilka miesięcy kiedy tak bardzo mnie potrzebował a ja go zostawiłam.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam jarzące światło świetlówek, moje oczy potrzebowały kilku chwil na przyzwyczajenie się do światła. Usiadłam na krzesełku i potarłam obolały kark, czułam że ledwo się ruszam, całe ciało zdrętwiało mi od spania w niewygodnej pozycji. Nagle ktoś przesłonił mi światło podniosłam wzrok i zobaczyłam Jai'a uśmiechającego się do mnie pocieszająco. W jednej ręce trzymał dwie białe tabletki a w drugiej butelkę z wodą.
-Weź to- powiedział łagodnym tonem podając mi tabletki.
Zmarszczyłam brwi nie do końca wiedząc o co mu chodzi.
-A co to jest??-zapytałam podejrzliwie.
Roześmiał się i podał mi tabletki.
-Głuptasie chyba nie myślisz że chce cię otruć?? To twoje lekarstwa, mówiłaś że tamte zostawiłaś w Australii więc załatwiłem ci nowe.
Wzięłam tabletki do ust i szybko popiłam wodą, nienawidziłam ich smaku. Jai między czasie usiadł obok mnie i złapał moją dłoń w swoje.
-Kiedy spałaś rozmawiałem z lekarzem, mówił że Luke czuje się już na tyle dobrze że będzie można go odwiedzić.
-Naprawdę??-zapytałam, a kiedy potwierdził rzuciłam mu się na szyję przytulając z całej siły.
-Chciałem żebyś to ty pierwsza go odwiedziła.
Jego słowa momentalnie mnie otrzeźwiły, wzruszyło mnie to że nie wszedł do niego pomimo tego że mógł to zrobić bez mojej wiedzy.
-Nie mogę tego zrobić-odsunęłam się od niego, ale wciąż trzymaliśmy się za ręce. Wbiłam wzrok w podłogę, nie wiedziałam jak logicznie wytłumaczyć mu motywy mojego działania. Z całej siły pragnęłam tam wejść i się z nim zobaczyć, ale musiałam chociaż raz pomyśleć o kimś innym niż tylko o sobie, koniec bycia egoistką.
-Jak to nie możesz?? Niby dlaczego.
Słyszałam że Jai był wyraźnie zmartwiony, zamknęłam oczy i skupiłam się na tym co mam do powiedzenia.
-On potrzebuje teraz spokoju, powinien odpoczywać a moja obecność tam tylko by go denerwowała.
-O czym ty mówisz??
-On jest na mnie wściekły, nienawidzi mnie, wątpię żeby moje odwiedziny teraz doprowadziły do czegokolwiek dobrego.
Jai zmarszczył brwi i podniósł delikatnie mój podbródek zmuszając do spojrzenia mu w oczy.
-Nie gadaj głupot, widziałem go przez ten cały czas, przez te wszystkie miesiące patrzyłem na to jak się pogrąża, widziałem jak bardzo za tobą tęskni. Ja wiem że on wciąż cię kocha, może teraz nie umie się do tego przyznać sam przed sobą, ale tak jest. Ja to widzę, a uwierz mi znam go jak własną kieszeń.
Sama chciałabym przejawiać tyle optymizmu, ale już nie umiałam patrzeć na świat tak samo naiwnie jak kiedyś. To co mówił było piękne, zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe.
-Idź do niego Jai- powiedziałam spokojnym tonem.
-Nie dasz za wygraną prawda??- Opuścił rękę którą wciąż trzymał na moim podbródku i spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.
-Nie -skwitowałam krótko tonem który nie znosił sprzeciwu.
Wypuścił gwałtownie powietrze i uniósł ręce na znak przegranej.
-No dobrze wygrałaś.
Stanął przed drzwiami do sali i odwrócił się do mnie dokładnie w momencie w którym nacisnął klamkę.
-Ale i tak powiem mu że tu jesteś.
-Ani mi się waż -niemal krzyknęłam, ale zniknął już za drzwiami.
Opadłam na krzesełko i pogrążyłam się w myślach. Zastanawiałam się czy to co mi powiedział w ogóle mogło być prawdą, przecież gdyby Luke naprawdę wciąż coś do mnie czuł nie byłby tak bezduszny podczas naszego ostatniego spotkania. Czy naprawdę względem osoby do której cokolwiek czujemy można być tak okrutnym, przecież on nawet nie chciał wysłuchać mojego wytłumaczenia. Obiecywał mi że zawsze będzie moim opiekunem, a kiedy ktoś mnie skrzywdził uważał że to tylko moja wina. Ale kiedy postawiłam się na jego miejscu, wszystko rozumiałam. Nie wiem czy postąpiła bym dokładnie tak samo, ale rozumiałam go, może faktycznie nie przestał mnie kochać, ale na pewno przestał mi ufać. Sama zapracowałam sobie na jego brak zaufania względem mojej osoby.
Drzwi się otworzyły, a ja odruchowo zerwałam się na równe nogi.
-I co??-zapytałam Jai'a który wydawał się w ogóle nie zwracać na mnie uwagi. Poczułam uścisk w żołądku i nogi zrobiły mi się miękkie.
-Co z nim Jai??
Zareagował dopiero kiedy złapałam go za rękę. Spojrzał mi w oczy nieobecnym spojrzeniem.
-Muszę przyznać że on ma jakieś wyjątkowe szczęście.
Odetchnęłam z ulgą kiedy się zaśmiał, był okrutny że tak bardzo mnie wystraszył, ale nie umiałam mieć mu tego za złe.
-To znaczy że wszystko z nim w porządku??
-Jasne -odpowiedział radośnie. -Jest trochę poobijany, ale operacja nie była poważna. Już nie raz był w dużo gorszym stanie, wyliże się z tego.
Uśmiechnęłam się i położyłam dłonie na brzuchu, chyba usiłowałam telepatycznie przekazać dziecku dobrą nowinę. Zaczynałam rozśmieszać samą siebie, ale uważałam że nasze maleństwo też wyczuwa to że jego tatuś jest wreszcie bezpieczny.
-A tak poza tym to on chciał cię zobaczyć.
Podniosłam oczy zdumiona tym co Jai do mnie powiedział. Przez chwilę zastanawiałam się czy to nie jest tylko wymysł mojej wyobraźni, ale wyraz jego twarzy zastygłej w oczekiwaniu na moją reakcję wyprowadził mnie z błędu.
-On na prawdę chce się ze mną spotkać?? Wiesz że jeżeli kłamiesz tylko dlatego że chcesz nas pogodzić to może się dla niego źle skończyć?? Mam nadzieję że zrozumiałeś co oznacza że nie należy go denerwować??- Czułam że za bardzo się rozgadałam, ale nie umiałam się powstrzymać miałam nadzieję że pod moim naporem Jai się złamie i przyzna się że nazmyślał tylko po to żebyśmy mieli z Luke'iem okazję do rozmowy. Spojrzałam mu w oczy, za dobrze go znałam żeby nie wyczuć tego że spróbuje mnie okłamać.
-Przysięgam -Przyłożył prawą dłoń do klatki piersiowej.- Przysięgam ci z ręką na sercu że Luke na prawdę chce się z tobą zobaczyć. Poprosił mnie o to, a ja tylko spełniam jego prośbę, więc byłbym wdzięczny gdybyś nie oskarżała mnie o żadne teorie spiskowe.
Zrobiło mi się głupio kiedy zrozumiałam że Jai mówił prawdę, wiedziałam że nie okłamał by mnie patrząc mi prosto w oczy. Teraz to ja wykazałam się wobec niego brakiem zaufania niemalże takim samym jak Luke wobec mnie.
-Przepraszam- wyszeptałam. Nie umiałam wyrazić tego jak podle czułam się z tego powodu.
-Nie przepraszaj tylko leć do niego.
Nie potrzebowałam większej zachęty, zerwałam się i w mgnieniu oka byłam już pod drzwiami sali. Wzięłam głęboki wdech i popchnęłam drzwi.
Kiedy zobaczyłam Luke'a gardło samo zacisnęło mi się do tego stopnia że niemalże nie mogłam oddychać, a oczy same się zaszkliły.
Oprócz bandaża na głowie i kilku otarć na prawej ręce nie widziałam u niego żadnych obrażeń, widziałam go już kiedyś w dużo gorszym stanie, a mimo to widok jego na łóżku szpitalnym wciąż był dla mnie ciężki do zniesienia.
-Przepraszam- wyszeptałam ledwo panując nad łamaniem własnego głosu. -Jai mówił że chciałeś mnie widzieć, ale jeśli ci przeszkadzam to mogę sobie stąd pójść. Siedziałam tu bo strasznie się o ciebie martwiłam, ale nie musisz czuć się zobowiązany, jeśli nie życzysz sobie mojej obecności to po prostu sobie pójdę.
Znowu czułam że zaczęłam gadać zupełnie bez sensu, ale nie wiedziałam co takiego mam mu powiedzieć, przecież i tak nie wierzył w żadne moje słowo. Byłam tak bardzo sfrustrowana, tak bardzo chciałam żeby wiedział jak było na prawdę.
-Cicho nic nie musisz mówić.
Przygryzłam wargę żeby powstrzymać się od niepotrzebnej paplaniny. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, nie umieliśmy oderwać od siebie wzroku. Patrzenie w jego oczy wcale nie było dla mnie bolesne, wręcz przeciwnie po tak długim czasie rozłąki sprawiało mi nadzwyczajną przyjemność, mogłabym trwać w takiej sytuacji już na zawsze, nie liczyło się nic oprócz czekoladowej głębi jego oczu. Przypominały mi się wszystkie nasze wspólne poranki, wtedy kiedy budziłam się przy nim i patrzyłam dokładnie w te same oczy, wtedy tak mocno mnie do siebie przytulał że cały świat przestawał dla nas istnieć. Chyba właśnie za tym najbardziej tęskniłam, za poczuciem jego bliskości, za tym że zawsze mogłam na niego liczyć niezależnie od tego w jak beznadziejnej sytuacji bym się znalazła.
-O czym teraz myślisz??-zapytał nagle, a ja byłam tak zaskoczona że odpowiedziałam całkiem mechanicznie, zupełnie nie myśląc nad co co mówię.
-O tym jak wspaniale byłoby się do ciebie przytulić.
Widziałam jak drgnęła mu warga, nie wiedziałam co było tego powodem. Oparł się na łokciu i powoli zaczął się podnosić, widziałam jak zaciskał zęby z bólu. Chciałam go powstrzymać, zaczęłam się bać że może zrobić sobie jakąś krzywdę, ale popatrzył ma mnie tak pewnym wzrokiem że nie miałam siły zaprotestować. Kiedy wreszcie udało mu się usiąść rozłożył ręce w zapraszającym geście. Logiczne myślenie odpłynęło ode mnie w jednej sekundzie. Przytuliłam go bardzo delikatnie, bałam się że nieumyślnie mogę zrobić mu krzywdę, ale on objął mnie ramionami i z całej siły przyciągnął do siebie. Odpłynęłam wciągając głęboko do płuc jego zapach, nie byłam pewna dlaczego mi na to pozwolił, cichy szept w mojej głowie mówił że on robi to specjalnie, żeby później bardziej bolało mnie to jak mnie od siebie odepchnie. Nie wierzyłam w to, widziałam w jego oczach że pragnął tego tak samo mocno jak ja, cieszyłam się jak małe dziecko moim własnym kawałkiem nieba.
Nie byłam w stanie powiedzieć czy trwamy tak kilka minut, czy kilka godzin, przestał się liczyć czas, otoczenie, byłam tak oszołomiona jego bliskością, że zapomniałam o wszystkim innym. Wreszcie odsunął mnie bardzo delikatnie, jednak wciąż byliśmy tak blisko siebie że doskonale czułam jego oddech, położył dłonie na moich policzkach delikatnie gładząc je kciukami. Wtuliłam twarz w jego dłonie, a on studiował dokładnie każdy centymetr mojej twarzy.
-Już zapomniałem jaka jesteś piękna- wyszeptał patrząc mi prosto w oczy. -Tak strasznie się bałem że już nigdy cię nie zobaczę.
Nie wiedziałam jak powinnam interpretować jego słowa, dla mnie były one równoznaczne z tym że on mi wybaczył, ale nie chciałam robić sobie złudnych nadziei, dopóki on nie powie mi tego wprost.
-Nie mów tak proszę cię.
Chciałam żeby wiedział że jego słowa mnie raniły, sama myśl o tym, że mógł umrzeć nie pozwalała mi normalnie oddychać. Wciąż czułam się winna tego wszystkiego przez co musiał przejść.
-Muszę ci coś powiedzieć- zaczął łagodnie, ale moje serce i tak drgnęło z niepokoju. -Byłem na ciebie wściekły, przez ten cały czas byłem na ciebie tak bardzo wściekły że wydawało mi się że cię nienawidzę. Nie umiałem sobie poradzić z tym że wybrałaś jego, że straciłem wszystko na czym mi naprawdę zależało. Dlatego nie umiałem ci uwierzyć, nie chciałem kolejny raz obudzić się w pustym łóżku, bez ciebie, nie przeżył bym tego kolejny raz. -Odetchnął głęboko, a ja zauważyłam że dobór kolejnych słów sprawia mu coraz większą trudność. Położyłam dłoń na jego dłoni, chciałam żeby poczuł że jestem teraz przy nim i może na mnie liczyć.- Zrobiłem to co zawsze robię kiedy chcę zapomnieć, pojechałem na wyścigi, jechaliśmy jedną z najtrudniejszych tras i po prostu wypadłem z zakrętu, robiłem co w mojej mocy, ale nie odzyskałem już panowania nad samochodem. Wiedziałem co się zaraz stanie, i właśnie wtedy pomyślałem o tobie, poczułem że cię zawiodłem, że zawiodłem samego siebie. Myślałem o tym że już nigdy nie spojrzę ci w oczy, że już nigdy nie będę mógł cię dotknąć, nie chciałem tego, nie chciałem tego co się stało. Właśnie wtedy zrozumiałem że tak naprawdę nie liczy się nic oprócz ciebie, nie ważne jest to że mnie zostawiłaś, ani to że prawie wzięłaś ślub z innym, liczyło się to że do mnie wróciłaś, że znowu byłaś moja, tak samo jak kiedyś. Dzięki temu chciałem żyć, chciałem wrócić do ciebie i do naszego maleństwa.
Wydawało mi się że się przesłyszałam, to wszystko było tak nierealne że nie umiałam w to uwierzyć. Przepełniało mnie tak wielkie szczęście, że nie potrafiłam wydobyć z siebie ani jednego słowa, nawet nie wiedziałam co takiego mam mu powiedzieć.
-Dziękuje -to było wszystko co przyszło mi do głowy.
Zbliżył się tak bardzo że nasze usta dzieliło zaledwie kilka milimetrów, odebrał mi tym resztki rozsądku. Czując jego zapach zamknęłam oczy, chciałam żeby ta chwila trwała w nieskończoność.
-Nie to ja ci dziękuje za to że sprawiłaś moje życie kompletnym.
Jego usta delikatnie dotknęły moich, wsunęłam palce w jego włosy i przyciągnęłam jeszcze bliżej, chciałam go czuć jak najbliżej siebie, tak żeby już nigdy nie udało mu się ode mnie odsunąć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W związku z tym że blog powoli zbliża się do końca mam do was wielką prośbę. Napiszcie mi co sądzicie o moim stylu pisania, bo kiedy skończę bloga chciałabym zacząć pisać książkę, ale nie wiem czy się do tego nadaję.
Z góry dziękuję wam za każdy komentarz.
Całuski,
Jess
niedziela, 3 stycznia 2016
niedziela, 6 grudnia 2015
Rozdział 43
Luke wciąż mieszkał w naszym domu. Ta informacja poruszyła mnie dużo bardziej niż powinna, najprawdopodobniej jak zawsze nadinterpretowałam rzeczywistość, ale nie umiałam się od tego powstrzymać. Gdyby chciał zapomnieć wyprowadził by się stamtąd zaraz po moim wyjeździe, ale nie zrobił tego, może była to jedynie jego podświadomość, ale chciał pamiętać. Wierzyłam w to. Jeśli chcesz zamknąć w życiu jakiś rozdział nie przebywasz w miejscu które ciągle ci o tym przypomina. Chyba usiłowałam przekonać samą siebie do tego że mam rację.
Zdawałam sobie sprawę z tego że Jai i Kate cały czas coś do mnie mówią, ale nawiązanie ze mną jakiegokolwiek kontaktu w momencie w którym byłam tak głęboko pogrążona we własnym świecie było po prostu niemożliwe. Wiem że chcieli mnie przekonać do zmiany decyzji, w końcu każdy przy zdrowych zmysłach próbowałby mnie odciągnąć od tego szaleństwa, ale ich argumenty do mnie nie przemawiały, do tego stopnia że wreszcie przestałam nawet ich słuchać.
Kiedy zajechaliśmy na podjazd przed domem w którym sama kiedyś mieszkałam ścisnęło mnie w żołądku, dokładnie o to mi chodziło. Wystarczyło że zobaczyłam budynek, zwykły przedmiot jakich na świecie miliony, a jednak przed oczami stanęły mi wspomnienia, te z dnia, kiedy po raz pierwszy tu przyjechaliśmy, kiedy Luke zakomunikował że kupił go specjalnie dla nas. Mieliśmy być w nim szczęśliwi, tak szczęśliwi jak jeszcze nigdzie wcześniej, tymczasem nie minął nawet rok od tamtego dnia, a moje życie obróciło się do góry nogami. Ale wspomnienia wcale nie były najgorsze, one przynajmniej były dowodem na to że kiedyś byłam szczęśliwa, najgorsza była świadomość tego że coś takiego zdarza się tylko raz w życiu, tylko raz kocha się w taki sposób, ja straciłam swoją szansę, teraz jedyne co mi zostało to nadzieja na to że on mnie nie znienawidził.
Otworzyłam drzwi i miałam wysiąść kiedy Jai złapał mnie za ramię i posadził z powrotem na siedzeniu.
-Jessica ty mnie w ogóle słuchasz??- zapytał, ale w jego głosie nie było słychać wyrzutu, bardziej troskę. Poczułam się jak ostatnia idiotka, on się o mnie troszczył, a ja nawet nie umiałam skupić się na tym co on do mnie mówił.
-Przepraszam zamyśliłam się trochę.
-Właśnie widzę, nie sądzisz że to nie jest dobry pomysł, uważam że powinnaś odpocząć i trochę ochłonąć nadmierne emocje w twoim stanie nie są dobre.
Popatrzył mi w oczy, ale nie wytrzymałam jego spojrzenia i spuściłam wzrok. Trafił w czuły punkt, wiedział że moja ciąża jest dla mnie czymś najważniejszym i zrobię wszystko żeby jej nie narażać, ale prawda była taka że każdy inny dzień byłby tak samo beznadziejny do wyznania prawdy, a może i gorszy, świadomość że zostało mi mniej czasu tylko utrudniła by zadanie.
-Rozumiem Jai, ale ja na prawdę wiem co robię, możesz myśleć że jestem naiwna, ale są w życiu rzeczy które trzeba załatwić jak najszybciej, bo druga szansa może się nigdy nie trafić.
Otworzył usta, ale po chwili je zamknął, jego oczy kolejny raz straciły blask i posmutniały. Dotarło do niego że miałam rację, jeśli dziś bym sobie odpuściła mogłabym nie dożyć jutra, i zabrać tajemnicę ze sobą do grobu, nie chciałam tak ryzykować.
-Dobrze niech ci będzie przyjadę po ciebie za godzinę myślę że tyle wam wystarczy.
Jego słowa sprowadziły mnie na ziemię, godzina, tylko tyle miało połączyć mnie z Luke'iem, po tych długich dziewięciu miesiącach tak daleko od siebie mieliśmy mieć tylko godzinę?? A czego ja się spodziewałam?? Chyba byłam popieprzoną marzycielką, ale wciąż miałam nadzieję, że jeżeli przekroczę próg tego domu, to zostanę tam już do końca.
-Wiesz co lepiej będzie jeżeli po prostu do ciebie zadzwonię.
-Zadzwonisz?? Niby jak przecież nie masz telefonu.
Miałam ochotę uderzyć się w głowę, najlepiej czymś ciężkim. Miał rację mój telefon został w Australii. Musiałam coś szybko wymyślić.
-W takim razie Luke do ciebie zadzwoni, chyba tyle będzie mógł dla mnie zrobić.
Zanim zdążył zaprotestować wysiadłam z samochodu i ruszyłam w kierunku domu. Kiedy byłam w połowie drogi usłyszałam jeszcze jego głos:
-Tylko pamiętaj że na mnie możesz zawsze liczyć.
Machnęłam tylko ręką na znak że zrozumiałam, ale nawet na chwilę się nie zatrzymałam, bałam się że zabraknie mi odwagi. Zachowanie Jai'a było dla mnie co najmniej dziwne próbował robić wszystko, żebym tylko przypadkiem nie spotkała się z Luke'iem. Zawsze starał się mnie chronić, więc nie sądzę żeby teraz miało być inaczej. Ale jednak coś ukrywał, i tego byłam pewna.
Stanęłam przed drzwiami i zamarłam w bezruchu, moje ciało odmówiło posłuszeństwa, a myśli krążyły wokół mnie powodując zupełną dezorientację. Po prostu się bałam, bałam się pewności, dopóki się z nim nie spotkałam mogłam wymyślać milion różnych scenariuszy, tysiące jego reakcji. Musiałam podjąć decyzję, czy lepsze jest życie w moich złudzeniach o tym że jemu wciąż na mnie zależy, czy spotkanie z nim i rozwianie wszystkich nadziei. Podjęłam już decyzję i nie miałam zamiaru stchórzyć w ostatnim momencie.
Dzwonek nacisnęłam dopiero kiedy usłyszałam że samochód odjechał z podjazdu, nie miałam ochoty na dodatkową publiczność, ta sytuacja i tak była już dla mnie wyjątkowo krępująca. Błaganie o litość nie jest raczej czymś, czym należy się chwalić. Sekundy dłużyły mi się w nieskończoność, obmyśliłam już kilkanaście sposobów ucieczki, żołądek podszedł mi do gardła a nogi powoli robiły się coraz miększe. Wreszcie drzwi się uchyliły, kiedy tylko mnie zobaczył starał się je zamknąć, odruchowo podstawiłam je nogą uniemożliwiając mu to. Zabolało mnie to, zabolało to że nie chciał dać mi nawet szansy, nie miał pojęcia co chce mu powiedzieć. Nie wierzyłam w to że nie jest ciekawy, że chociaż trochę nie gryzie go ciekawość tego dlaczego po tylu miesiącach rozłąki znalazłam się pod jego drzwiami. Spojrzał na mnie z tak wielką niechęcią w oczach że zaczęłam się zastanawiać czy to ta sama osoba którą zapamiętałam, dawny Luke nigdy tak na mnie nie patrzył, nie pamiętałam nawet żeby kiedykolwiek na kogoś tak popatrzył.
-Musimy porozmawiać- powiedziałam ledwo wydobywając z siebie głos.
Najwyraźniej go rozbawiłam, bo zaśmiał się kręcąc przy tym głową.
-Ja nie widzę takiej konieczności.
Zamurowało mnie, przez kilka sekund stałam z rozchylonymi ustami i nie wiedziałam co mam powiedzieć, z jednej strony cieszyłam się jak dziecko, znowu usłyszałam jego głos, to było coś za czym tęskniłam od tak dawna, coś za co byłam w stanie oddać wszystko. Ale słowa które wypowiedział sprawiły że moje serce rozpadło się na miliony kawałeczków, poczułam się rozbita, a coś co do tej pory było dla mnie jedyna pewną rzeczą we wszechświecie, nasza miłość, w jednej sekundzie przestała istnieć.
-Proszę- wyszeptałam błagalnym tonem.
Przewrócił oczami i otworzył drzwi, dopiero wtedy zobaczyłam że miał na sobie tylko dresy, widziałam jak bardzo schudł, byłam pewna że jestem w stanie policzyć wszystkie jego żebra, zagryzłam wargę żeby niczego nie powiedzieć, ale podejrzewałam co się stało. Kiedy był u mnie w Australii wyglądał normalnie, błagam nie, tylko nie to. To narkotyki, to one to z nim zrobiły.
-Streszczaj się, bo mam ciekawsze zajęcia niż siedzenie tutaj, z tobą.
Oparł się o szafkę w salonie zaplatając ręce na piersi, niepewnie weszłam do środka. Nie rozumiałam kiedy wszystko zmieniło się do tego stopnia, jeszcze przecież nie tak dawno temu obiecywał że będzie mnie kochał zawsze, przecież nie można tak po prostu przestać kogoś kochać. Ja nigdy nie przestałam, pomimo tego wszystkiego co mi zrobił, pomimo tego jak strasznie czasami się przez niego czułam, nigdy o nim nie zapomniałam, zawsze był wszystkim czego tak na prawdę pragnęłam. To wszystko naprawdę miało skończyć się w ten sposób??
Zmierzył mnie wzrokiem który zatrzymał na moim brzuchu, wyraz jego twarzy mówił wszystko, widziałam jak mocno zaciskał zęby, musiałam mu to wszystko wytłumaczyć, i to jak najszybciej.
Opowiedzenie tej samej historii drugi raz tego dnia było dużo trudniejsze, ale chyba ze względu na to że na jego zrozumieniu zależało mi jeszcze bardziej, nie chciałam niczego omijać, każdy szczegół był ważny. Ale on cały czas pozostawał obojętny, był zupełnie niewzruszony, nawet wtedy kiedy powiedziałam że noszę w sobie jego dziecko.
-Chciałam żebyś znał prawdę, chciałam żebyś wiedział co czułam i co mną kierowało. Nigdy nie chciałam cię zranić, choć wiem że to zrobiłam. Przepraszam- wyszeptałam, nie byłam już w stanie powstrzymać łez które spłynęły mi po policzkach.
Stał wciąż w tej samej pozycji, kręcił głową ironicznie się uśmiechając. Nie znałam go takiego, i nie chciałam go takiego znać.
-No powiedz coś- zażądałam, ale w odpowiedzi usłyszałam jedynie jego szorstki śmiech.
-Powiedzieć, tak??- znowu się zaśmiał podchodząc do mnie. Stanął tak blisko mnie że czułam ciepło bijące od jego ciała, jego bliskość wciąż działała na mnie w niezrozumiały dla mnie sposób, zacisnęłam pięści żeby się do niego nie przytulić, to pragnienie było tak silne że jego powstrzymywanie sprawiało mi ból. Popatrzył mi w oczy, miał zimne wyrachowane spojrzenie.-Jeśli chcesz to powiem. Nigdy nie sądziłem że jesteś tak dobra w zmyślaniu bajeczek, nie to żebym odmawiał ci inwencji twórczej, bo zawsze lubiłaś zmyślać, ale teraz to już przeszłaś samą siebie.
-Że co??-Nie umiałam wydobyć z siebie nic więcej, nie rozumiałam o co mu chodzi.
-O, a teraz nieźle udajesz głupią, chociaż może wcale nie udajesz. Ale tym razem nie uda ci się zrobić ze mnie idioty. Twój kochaś dzwonił do mnie wczoraj i uprzedził że wpadniesz do mnie z wizytą, wspominał że masz jakieś wątpliwości dotyczące ślubu, że niby taka przedślubna trema. -Odwrócił moją uwagę nakręcając sobie kosmyk moich włosów na palec.- Z pewnością byłabyś piękną panną młodą-wycedził przez zęby i podniósł moją brodę zmuszając do tego, żebym znowu spojrzała w jego oczy.- Jednak nigdy nie sądziłem, że będziesz aż na tyle perfidna żeby wmawiać mi cudzego bachora.
Wciągnęłam powietrze głęboko do płuc, nie mogłam w to uwierzyć, jak Max mógł mi to zrobić, jak mógł do niego zadzwonić, po ostatnim wiedziałam że jest gotowy na wszystko żeby tylko mnie przy sobie zatrzymać, ale to mu się nie uda, nie pozwolę mu zniszczyć mojego życia.
-To nieprawda- usiłowałam się wytłumaczyć.-On chciał mnie siłą zatrzymać w domu, zamknął mnie w sypialni, właśnie dlatego miał mój telefon, uciekłam przez okno.
-Nie bądź żałosna, jeszcze brakowało mi historyjek o znęcaniu, ostatnio jakoś nie wyglądałaś jakbyś chciała od niego uciec, wręcz przeciwnie. To ja wtedy byłem tym złym, to mnie odstawiałaś na boczny tor, więc teraz nie myśl że będę twoim kołem ratunkowym i zastępczym ojcem dla tego dziecka. Masz dokładnie to czego chciałaś.
Złapałam go za ręce ale szarpnął się i odsunął ode mnie dwa kroki. Nie umiałam sie uspokoić, nie umiałam przestać płakać, wszystko miało się skończyć tylko i wyłącznie przez kłamstwa Max'a. Przez ułamek sekundy chciałam powiedzieć mu o tym że jestem chora, że zostało mi już tak niewiele czasu i dlatego wróciłam, dlatego że chciałam go spędzić z osobami które kocham. Ale nie mogłam mu tego zrobić, może właśnie tak miało być, może o to w tym chodziło, jeśli przestał mnie kochać, nie będzie cierpiał, nie będzie mu mnie brakowało. Starałam się przekonać samą siebie że to dobrze, że przynajmniej ten jeden raz go nie zranię. Teraz musiałam już walczyć tylko o jedno.
-Niczego od ciebie nie wymagam, ani o nic nie proszę, ale chce żebyś wiedział że będziemy mieli dziecko i nic już tego nie zmieni. Ja wiem że ono jest dowodem na to że kiedyś się kochaliśmy tak naprawdę, wbrew wszystkim i wszystkiemu.-Wyrzuciłam z siebie wszystko to co czułam, wciąż paliła się we mnie iskierka nadziei, że on jednak mi uwierzy, że wszystko będzie tak jak w moich najskrytszych marzeniach.
-Ty naprawdę chcesz dalej w to brnąć?? Gra skończona, znam już prawdę i nie masz po co udawać. Puszczałaś się z nim, puszczałaś się z nim jak jakaś ostatnia dziwka, a teraz przychodzisz do mnie jak zbity pies i błagasz o wybaczenie. Przykro mi, ale w moim życiu nie ma miejsca dla takich szmat jak ty.
Zamknęłam oczy, jego wyzwiska bolały mnie bardziej niż mógł przypuszczać, nigdy go nie zdradziłam, nigdy nie przestałam go kochać, a usłyszenie takich słów od kogoś kto był dla mnie całym życiem zupełnie mnie złamało. Nie miałam już siły, nie miałam siły do życia, ja nawet nie chciałam żyć. Wolałam już żeby śmierć przyszła teraz, właśnie w tym momencie, żeby nie czuć tego wszystkiego, żebym nie musiała żyć w świecie w którym on mnie nie kocha.
-To znaczy że wierzysz jemu, a nie mi??
Znowu się roześmiał, a jego śmiech rozrywał mi serce.
-Chyba sobie żartujesz?? Tobie nie uwierzył bym już w żadne słowo.
-W takim razie faktycznie nie mamy o czym rozmawiać- podeszłam do drzwi. Starałam się odpychać od siebie wszystkie myśli, przynajmniej do czasu aż wyjdę z jego domu. Musiałam zachować co najmniej resztki godności, to że był całym moim światem i oddałabym za niego wszystko, nie oznaczało że mógł mnie poniżać. Zrobiłam wszystko co mogłam zrobić żeby mi wybaczył, zerwałam zaręczyny z Max'em, przyleciałam tutaj, i błagałam go o wybaczenie, nic więcej nie mogę zrobić.
-No nareszcie długo zajęło ci zrozumienie że nie jesteś tu mile widziana.
-Mam nadzieję że wiesz co robisz, bo niektórych błędów nie da się już naprawić.
-Daj sobie spokój z tą psychologiczną gadką, jestem dużym chłopcem i wiem co robię.
Przez łzy prawie nie widziałam co się ze mną dzieję, poczułam jego ręce na plecach, wypchnął mnie na zewnątrz i trzasną drzwiami z taką siłą że aż podskoczyłam.
A więc to był koniec, i to ten ostateczny, definitywny. Nie chciałam o tym myśleć, nie teraz ani nie kiedykolwiek. Czułam jak boli mnie każdy kolejny oddech, słyszałam przyspieszone bicie serca i myślałam tylko o tym żeby wreszcie przestało bić. Chciałam umrzeć, to było aktualnie moje największe marzenie, gdyby śmierć przyszła teraz właśnie w tym momencie byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ruszyłam przed siebie, ale nogi same się pode mną uginały, w jednym momencie mój mózg postawił mi przed oczami okropne wspomnienie. Luke klęczał przede mną i błagał mnie o wybaczenie po tym jak mnie zdradził, pierwszy raz w naszym domu, w naszej sypialni. Ona stała w drzwiach i zwycięsko się uśmiechała, ale to nie miało znaczenia, liczyły się tylko jego oczy to z jakim przerażeniem na mnie patrzył, jak bardzo chciał mnie wtedy zatrzymać. Wtedy nie potrzebowałam żadnych słów, żadnych zapewnień, wystarczyło że na niego popatrzyłam i wiedziałam że mnie kocha, wiedziałam że był w stanie zrobić wszystko żebym tylko mu wybaczyła. Płakałam tak bardzo że zaczynałam tracić oddech. To nie było sprawiedliwe, on nie był sprawiedliwy, rozumiałam co on musiał teraz czuć i jak bardzo musiał cierpieć, ale to go nie tłumaczyło, to nie tłumaczyło tego jak mnie potraktował. Ja wybaczałam mu wszystko, każdą jego zdradę, każde kłamstwo, każdą obietnicę że już nigdy więcej nie weźmie narkotyków, a on nawet nie umiał mnie wysłuchać, nie chciał nawet wziąć pod uwagę tego że mogę mówić prawdę, po prostu mnie skreślił. Do mojej świadomości przebijało się tylko jedno stwierdzenie: gdyby mnie kochał uwierzył by mi, nie chciałam w to wierzyć, ale na prawdę tak było, jeżeli się kogoś kocha ufa się mu nie ważne ile razy nas okłamię i wybacza choćby popełnił najgorszy błąd świata. Jest się przy nim w najlepszych i najgorszych momentach życia, ale przede wszystkim nigdy się go nie opuszcza, a on zostawił mnie właśnie teraz, w momencie w którym potrzebowałam go bardziej niż kiedykolwiek.
Nawet nie wiem ile czasu spędziłam błąkając się bez celu po ulicach, wreszcie znalazłam się nad klifem który pokazał mi Luke tak dawno temu. Najwyraźniej coś podświadomie ciągnęło mnie do tego miejsca. Usiadłam na ziemi i wpatrywałam się w niebo które robiło sie coraz ciemniejsze, aż do momentu w którym zapadła całkowita ciemność. Czułam przy sobie jego bliskość, cały czas czułam to jak mocno mnie przytulał kiedy byliśmy tutaj razem. Zamknęłam oczy i położyłam dłonie na brzuchu. A jednak czułam sie szczęśliwa, moje życie miało dobiec końca za kilka miesięcy, ale ja czułam że wciąż będę żyła, będę żyła w tej malutkiej kruszynce, poza tym miałam w niej część Luke'a której nikt nie mógł mi odebrać. Niczego nie żałowałam, bo każda decyzja którą podejmowałam doprowadziła mnie właśnie do tego momentu. Przeżyłam wspaniałą miłość o której większość ludzi może tylko pomarzyć, nikt nie patrzył na mnie w taki sam sposób jak on, nikt nie dotykał mnie z taką czcią, nikt oprócz niego nie całował mnie w taki sposób żebym straciła oddech, nikt nigdy nie kochał i nie pokocha mnie tak jak on. Byłam wdzięczna Bogu za to że w czasie mojego tak krótkiego życia pokazał mi tak wspaniałe uczucia.
Usłyszałam że niedaleko mnie zatrzymał się samochód. Wstałam i spojrzałam w jego stronę, kierowca wysiadł zostawiając zapalone światła. Rozpoznałam jego sylwetkę, i kolejny raz byłam pewna że mam halucynację, to nie mógł być on, nie teraz nie w tym momencie. A jednak, kiedy zbliżył się do mnie jednocześnie wchodząc w zasięg reflektorów nie miałam już wątpliwości. Biegiem pokonałam dzielącą nas odległość i u ułamku sekundy znalazłam się w jego silnych ramionach.
-Wiedziałam- wyszeptałam.-Wiedziałam że mi uwierzysz. Tak bardzo cię kocham.
Zamknęłam oczy i wciągałam głęboko do płuc zapach jego skóry, kurczowo przyciskałam go do siebie. Chciałam zatrzymać tą chwile na zawsze, właśnie tak idealną. Ale on nie pozwolił mi się nią cieszyć wystarczająco długo, złapał mnie za ramiona i brutalnie odsunął od siebie. Wystarczyło mi jedno spojrzenie w jego oczy żeby zrozumieć że wcale mi nie wybaczył, wręcz przeciwnie jego oczy aż kipiały od wściekłości.
-Widzę że już do reszty ci odbiło, wiesz jak niebezpieczne jest błąkanie się po takich miejscach w środku nocy. Myślałem że jesteś choć trochę mądrzejsza.
-Nie odbiło mi po prostu chciałam pobyć sama, a z tego co wiem to jest właśnie najlepsze do tego miejsce, ale przyjechałeś po mnie, czyli się o mnie martwiłeś. Wciąż nie jestem ci obojętna tylko boisz się do tego przyznać zupełnie nie wiem dlaczego.
Roześmiał się i założył ręce na piersi, usiłował grać zupełnie wyluzowanego, ale widziałam jak napięte było jego ciało.
-Martwiłem się?? Dobre sobie. Jai postawił wszystkich na nogi, uznał że na pewno coś ci się stało, nie miałem zamiaru uczestniczyć w tej zabawie, ale ty chyba zrobiłaś mu jakieś pranie mózgu bo nie chciał dać mi spokoju.
Podszedł do samochodu i otworzył drzwi, to była ostatnia szansa na szczerą rozmowę.
-Myślałeś nad tym dlaczego to właśnie ty mnie znalazłeś?? Bo ja uważam że to nie jest przypadek, i wiem że ty też to czujesz. Dla nas obojga to miejsce wiele znaczy, dlaczego tu przyjechałeś??Dlaczego pomyślałeś że mogę być akurat tu?? No dlaczego?? -Dopytywałam kiedy zobaczyłam że jego palce coraz bardziej zaciskają się na drzwiach samochodu. Zadawałam mu niewygodne pytania, takie na które nie umiał odpowiedzieć, nie włączając w to uczuć. Na nie nie było logicznej odpowiedzi. Patrzyłam jak starał się mimo wszystko zachować spokojny oddech, stał tyłem do mnie, w dodatku w ciemności, więc nie mogłam do końca rozszyfrować co teraz czuje. Gdybym tylko mogła spojrzeć mu teraz w oczy.
-Wsiadaj do samochodu odwiozę cie do Jai'a - zakomunikował głosem zupełnie wypranym z jakichkolwiek uczuć.
Teraz miałam już pewność że tak samo jak ja był skołowany całą tą sytuacją, nie umiał wytłumaczyć samemu sobie dlaczego tu przyjechał, coś nas tutaj przyciągnęło nie bez powodu. A ja miałam zamiar wykorzystać tą sytuację.
-Nigdzie nie pójdę- zabrzmiałam tak stanowczo że sama dziwiłam się że jeszcze nie zaczął łamać mi się głos.
-Co takiego??-usłyszałam jego warknięcie.
-Nigdzie nie pójdę dopóki mi nie uwierzysz.
Znowu stanął koło mnie, wreszcie mogłam spojrzeć w jego oczy, uwielbiałam to robić, mimo że teraz patrzył na mnie inaczej, zupełnie inaczej niż kiedyś.
-Dlaczego musisz być taką egoistką?? Zawsze myślisz tylko o sobie. Było tak kiedy mnie zostawiłaś i wyjechałaś do Australii, tak po prostu bez słowa. Później kiedy ja rzuciłem dla ciebie narkotyki, przestałem sypiać z przypadkowymi dziewczynami i pojechałem tam do ciebie potraktowałaś mnie jak śmiecia, jak zepsutą zabawkę. Nie wiesz co ja wtedy przez ciebie przeszedłem, nie masz pojęcia ile nocy spędziłem siedząc na łóżku i myśląc nad tym jak dobrze byłoby wziąć śmiertelną dawkę tego świństwa żeby w końcu nie mieć przed oczami obrazu ciebie w jego objęciach. Rozumiesz?? Wtedy straciłem wszystko, ale kiedy nauczyłem się żyć od nowa ty nagle zjawiasz się pod moimi drzwiami z jego bachorem w brzuchu. Jeżeli faktycznie kochasz mnie tak bardzo jak to deklarujesz, zostaw mnie i chociaż raz nie utrudniaj mi życia.
Ani przez chwilę nie spuściłam z niego wzroku, wiedziałam że musi się wyładować, musiał dać upust temu co siedziało zamknięte w nim od czasu kiedy ostatni raz się widzieliśmy. Dzięki temu przeszłość przestanie nam ciążyć i będziemy mogli iść na przód. Nigdy nie sądziłam że nasze rozstanie było dla niego aż tak bolesne, że mógł je aż tak mocno przeżyć że chciał się zabić, nie dopuszczałam do siebie myśli że mógłby to zrobić, że z własnej winy mogłabym stracić największy skarb mojego życia.
-Dobrze wiesz że to nie tak, historia którą przedstawił ci Max nie jest prawdziwa, wiem że mi nie wierzysz, ale myślisz że mogłabym cię okłamać tak?? Patrząc ci prosto w oczy.
Spuścił wzroki zakrył usta pięścią, wiedziałam że jest o krok od tego żeby mi uwierzyć, złapałam jego dłoń i przyłożyłam do mojego brzucha.
Odskoczył jak oparzony i cofnął się na tyle żebym nie mogła go dosięgnąć.
-Wsiadaj do samochodu.
-Nie Luke proszę.
Czułam że znowu go tracę, dystans między nami powiększał się z sekundy na sekundę.
-Po prostu wsiądź do tego cholernego samochodu.
Znowu był wściekły, nie bałam się go, wiedziałam że nie zrobi mi krzywdy, bałam się że sam sobie ją zrobi, nie mogłam go zostawić w takim stanie. Kiedy nie ruszyłam się z miejsca wyciągnął telefon i wybrał czyjś numer. Kolejny raz zniknął w ciemności, po chwili usłyszałam jego głos:
-Tak Jai znalazłem ją, ale musisz tu po nią przyjechać.
Żałowałam że nie słyszę co mówi Jai, ale najwyraźniej to co powiedział nie spodobało się Luke'owi, słyszałam jak głośno wypuszczał powietrze.
-Nie, nie mogę jej zabrać do sobie przyjedź nad klif albo zostawię ją tu samą.
Najwyraźniej zakończył rozmowę bo już więcej się nie odezwał, nie miałam pojęcia gdzie jest, ale wiedziałam że mnie usłyszy.
-Luke przepraszam, przepraszam że nie umiałam kochać cię wystarczająco mocno. Popełniłam w życiu wiele błędów, i wielu z nich żałuje, ale zakochanie się w tobie było najwspanialszą rzeczą jaka przytrafiła mi się w życiu, dzięki tobie nauczyłam się jak to jest kochać i być kochaną. Dziękuje ci za to.
Rozglądałam się przez chwilę wokół siebie, ale nigdzie go nie było, nie pojawił się nagle i nie wziął mnie z całej siły w ramiona. Musiałam się po prostu pogodzić z tym że życie nie jest bajką i nie ma szans na spełnienie się najwspanialszych scenariuszy. Usiadłam na ziemi i oparłam się o zderzak samochodu.
Jai przyjechał po jakiś dziesięciu minutach, po tym jak mocno mnie przytulił i uświadomił mi jak bardzo wielkiego stracha mu napędziłam pojechaliśmy do domu. Zadawał mi setki pytań, a ja odpowiadałam na nie tak jak gdyby nigdy nic się nie stało, chciałam oszczędzić nerwów przynajmniej jemu. Kiedy tylko wróciliśmy przypomniałam sobie o tym że wszystkie moje lekarstwa zostały u Max'a, umówiłam się z Jai'em że jutro z samego rana zabierze mnie do lekarza i kupimy nowe tabletki, w końcu nie mogłam ryzykować tego żeby coś stało się mojemu maleństwu. Zadzwonił jego telefon, odebrał jak najszybciej żeby nie obudzić wszystkich w domu.
-Tak to ja-odpowiedział sztywnym tonem.
Zmarszczyłam brwi, już dawno nie słyszałam żeby rozmawiał z kimkolwiek w ten sposób. Widziałam jak zapadał w coraz większy szok.
-Dziękuję zaraz tam będę.
Stanęłam przed nim i popatrzyłam w jego zupełnie nieobecne oczy, na sam ich widok ciarki przeszły mi po plecach.
-Jai co się stało?-zapytałam zdezorientowana.
Nie odpowiadał, trzęsącymi się rękami wsunął telefon do kieszeni.
-Jai??-starałam się nim potrząsnąć żeby się ocknął. Dopiero po kilku sekundach spojrzał mi w oczy z niezrozumiałym dla mnie wyrazem.
-Luke miał wypadek -wypowiedział wreszcie.
Wystarczyły trzy słowa w odpowiednim zestawieniu żeby zmrozić moją krew i wstrzymać bicie serca.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wreszcie rozmowa z Luke'iem na którą wszyscy czekali. Mam nadzieję że wam się podoba. Czekam na wasze opinie.
Zdawałam sobie sprawę z tego że Jai i Kate cały czas coś do mnie mówią, ale nawiązanie ze mną jakiegokolwiek kontaktu w momencie w którym byłam tak głęboko pogrążona we własnym świecie było po prostu niemożliwe. Wiem że chcieli mnie przekonać do zmiany decyzji, w końcu każdy przy zdrowych zmysłach próbowałby mnie odciągnąć od tego szaleństwa, ale ich argumenty do mnie nie przemawiały, do tego stopnia że wreszcie przestałam nawet ich słuchać.
Kiedy zajechaliśmy na podjazd przed domem w którym sama kiedyś mieszkałam ścisnęło mnie w żołądku, dokładnie o to mi chodziło. Wystarczyło że zobaczyłam budynek, zwykły przedmiot jakich na świecie miliony, a jednak przed oczami stanęły mi wspomnienia, te z dnia, kiedy po raz pierwszy tu przyjechaliśmy, kiedy Luke zakomunikował że kupił go specjalnie dla nas. Mieliśmy być w nim szczęśliwi, tak szczęśliwi jak jeszcze nigdzie wcześniej, tymczasem nie minął nawet rok od tamtego dnia, a moje życie obróciło się do góry nogami. Ale wspomnienia wcale nie były najgorsze, one przynajmniej były dowodem na to że kiedyś byłam szczęśliwa, najgorsza była świadomość tego że coś takiego zdarza się tylko raz w życiu, tylko raz kocha się w taki sposób, ja straciłam swoją szansę, teraz jedyne co mi zostało to nadzieja na to że on mnie nie znienawidził.
Otworzyłam drzwi i miałam wysiąść kiedy Jai złapał mnie za ramię i posadził z powrotem na siedzeniu.
-Jessica ty mnie w ogóle słuchasz??- zapytał, ale w jego głosie nie było słychać wyrzutu, bardziej troskę. Poczułam się jak ostatnia idiotka, on się o mnie troszczył, a ja nawet nie umiałam skupić się na tym co on do mnie mówił.
-Przepraszam zamyśliłam się trochę.
-Właśnie widzę, nie sądzisz że to nie jest dobry pomysł, uważam że powinnaś odpocząć i trochę ochłonąć nadmierne emocje w twoim stanie nie są dobre.
Popatrzył mi w oczy, ale nie wytrzymałam jego spojrzenia i spuściłam wzrok. Trafił w czuły punkt, wiedział że moja ciąża jest dla mnie czymś najważniejszym i zrobię wszystko żeby jej nie narażać, ale prawda była taka że każdy inny dzień byłby tak samo beznadziejny do wyznania prawdy, a może i gorszy, świadomość że zostało mi mniej czasu tylko utrudniła by zadanie.
-Rozumiem Jai, ale ja na prawdę wiem co robię, możesz myśleć że jestem naiwna, ale są w życiu rzeczy które trzeba załatwić jak najszybciej, bo druga szansa może się nigdy nie trafić.
Otworzył usta, ale po chwili je zamknął, jego oczy kolejny raz straciły blask i posmutniały. Dotarło do niego że miałam rację, jeśli dziś bym sobie odpuściła mogłabym nie dożyć jutra, i zabrać tajemnicę ze sobą do grobu, nie chciałam tak ryzykować.
-Dobrze niech ci będzie przyjadę po ciebie za godzinę myślę że tyle wam wystarczy.
Jego słowa sprowadziły mnie na ziemię, godzina, tylko tyle miało połączyć mnie z Luke'iem, po tych długich dziewięciu miesiącach tak daleko od siebie mieliśmy mieć tylko godzinę?? A czego ja się spodziewałam?? Chyba byłam popieprzoną marzycielką, ale wciąż miałam nadzieję, że jeżeli przekroczę próg tego domu, to zostanę tam już do końca.
-Wiesz co lepiej będzie jeżeli po prostu do ciebie zadzwonię.
-Zadzwonisz?? Niby jak przecież nie masz telefonu.
Miałam ochotę uderzyć się w głowę, najlepiej czymś ciężkim. Miał rację mój telefon został w Australii. Musiałam coś szybko wymyślić.
-W takim razie Luke do ciebie zadzwoni, chyba tyle będzie mógł dla mnie zrobić.
Zanim zdążył zaprotestować wysiadłam z samochodu i ruszyłam w kierunku domu. Kiedy byłam w połowie drogi usłyszałam jeszcze jego głos:
-Tylko pamiętaj że na mnie możesz zawsze liczyć.
Machnęłam tylko ręką na znak że zrozumiałam, ale nawet na chwilę się nie zatrzymałam, bałam się że zabraknie mi odwagi. Zachowanie Jai'a było dla mnie co najmniej dziwne próbował robić wszystko, żebym tylko przypadkiem nie spotkała się z Luke'iem. Zawsze starał się mnie chronić, więc nie sądzę żeby teraz miało być inaczej. Ale jednak coś ukrywał, i tego byłam pewna.
Stanęłam przed drzwiami i zamarłam w bezruchu, moje ciało odmówiło posłuszeństwa, a myśli krążyły wokół mnie powodując zupełną dezorientację. Po prostu się bałam, bałam się pewności, dopóki się z nim nie spotkałam mogłam wymyślać milion różnych scenariuszy, tysiące jego reakcji. Musiałam podjąć decyzję, czy lepsze jest życie w moich złudzeniach o tym że jemu wciąż na mnie zależy, czy spotkanie z nim i rozwianie wszystkich nadziei. Podjęłam już decyzję i nie miałam zamiaru stchórzyć w ostatnim momencie.
Dzwonek nacisnęłam dopiero kiedy usłyszałam że samochód odjechał z podjazdu, nie miałam ochoty na dodatkową publiczność, ta sytuacja i tak była już dla mnie wyjątkowo krępująca. Błaganie o litość nie jest raczej czymś, czym należy się chwalić. Sekundy dłużyły mi się w nieskończoność, obmyśliłam już kilkanaście sposobów ucieczki, żołądek podszedł mi do gardła a nogi powoli robiły się coraz miększe. Wreszcie drzwi się uchyliły, kiedy tylko mnie zobaczył starał się je zamknąć, odruchowo podstawiłam je nogą uniemożliwiając mu to. Zabolało mnie to, zabolało to że nie chciał dać mi nawet szansy, nie miał pojęcia co chce mu powiedzieć. Nie wierzyłam w to że nie jest ciekawy, że chociaż trochę nie gryzie go ciekawość tego dlaczego po tylu miesiącach rozłąki znalazłam się pod jego drzwiami. Spojrzał na mnie z tak wielką niechęcią w oczach że zaczęłam się zastanawiać czy to ta sama osoba którą zapamiętałam, dawny Luke nigdy tak na mnie nie patrzył, nie pamiętałam nawet żeby kiedykolwiek na kogoś tak popatrzył.
-Musimy porozmawiać- powiedziałam ledwo wydobywając z siebie głos.
Najwyraźniej go rozbawiłam, bo zaśmiał się kręcąc przy tym głową.
-Ja nie widzę takiej konieczności.
Zamurowało mnie, przez kilka sekund stałam z rozchylonymi ustami i nie wiedziałam co mam powiedzieć, z jednej strony cieszyłam się jak dziecko, znowu usłyszałam jego głos, to było coś za czym tęskniłam od tak dawna, coś za co byłam w stanie oddać wszystko. Ale słowa które wypowiedział sprawiły że moje serce rozpadło się na miliony kawałeczków, poczułam się rozbita, a coś co do tej pory było dla mnie jedyna pewną rzeczą we wszechświecie, nasza miłość, w jednej sekundzie przestała istnieć.
-Proszę- wyszeptałam błagalnym tonem.
Przewrócił oczami i otworzył drzwi, dopiero wtedy zobaczyłam że miał na sobie tylko dresy, widziałam jak bardzo schudł, byłam pewna że jestem w stanie policzyć wszystkie jego żebra, zagryzłam wargę żeby niczego nie powiedzieć, ale podejrzewałam co się stało. Kiedy był u mnie w Australii wyglądał normalnie, błagam nie, tylko nie to. To narkotyki, to one to z nim zrobiły.
-Streszczaj się, bo mam ciekawsze zajęcia niż siedzenie tutaj, z tobą.
Oparł się o szafkę w salonie zaplatając ręce na piersi, niepewnie weszłam do środka. Nie rozumiałam kiedy wszystko zmieniło się do tego stopnia, jeszcze przecież nie tak dawno temu obiecywał że będzie mnie kochał zawsze, przecież nie można tak po prostu przestać kogoś kochać. Ja nigdy nie przestałam, pomimo tego wszystkiego co mi zrobił, pomimo tego jak strasznie czasami się przez niego czułam, nigdy o nim nie zapomniałam, zawsze był wszystkim czego tak na prawdę pragnęłam. To wszystko naprawdę miało skończyć się w ten sposób??
Zmierzył mnie wzrokiem który zatrzymał na moim brzuchu, wyraz jego twarzy mówił wszystko, widziałam jak mocno zaciskał zęby, musiałam mu to wszystko wytłumaczyć, i to jak najszybciej.
Opowiedzenie tej samej historii drugi raz tego dnia było dużo trudniejsze, ale chyba ze względu na to że na jego zrozumieniu zależało mi jeszcze bardziej, nie chciałam niczego omijać, każdy szczegół był ważny. Ale on cały czas pozostawał obojętny, był zupełnie niewzruszony, nawet wtedy kiedy powiedziałam że noszę w sobie jego dziecko.
-Chciałam żebyś znał prawdę, chciałam żebyś wiedział co czułam i co mną kierowało. Nigdy nie chciałam cię zranić, choć wiem że to zrobiłam. Przepraszam- wyszeptałam, nie byłam już w stanie powstrzymać łez które spłynęły mi po policzkach.
Stał wciąż w tej samej pozycji, kręcił głową ironicznie się uśmiechając. Nie znałam go takiego, i nie chciałam go takiego znać.
-No powiedz coś- zażądałam, ale w odpowiedzi usłyszałam jedynie jego szorstki śmiech.
-Powiedzieć, tak??- znowu się zaśmiał podchodząc do mnie. Stanął tak blisko mnie że czułam ciepło bijące od jego ciała, jego bliskość wciąż działała na mnie w niezrozumiały dla mnie sposób, zacisnęłam pięści żeby się do niego nie przytulić, to pragnienie było tak silne że jego powstrzymywanie sprawiało mi ból. Popatrzył mi w oczy, miał zimne wyrachowane spojrzenie.-Jeśli chcesz to powiem. Nigdy nie sądziłem że jesteś tak dobra w zmyślaniu bajeczek, nie to żebym odmawiał ci inwencji twórczej, bo zawsze lubiłaś zmyślać, ale teraz to już przeszłaś samą siebie.
-Że co??-Nie umiałam wydobyć z siebie nic więcej, nie rozumiałam o co mu chodzi.
-O, a teraz nieźle udajesz głupią, chociaż może wcale nie udajesz. Ale tym razem nie uda ci się zrobić ze mnie idioty. Twój kochaś dzwonił do mnie wczoraj i uprzedził że wpadniesz do mnie z wizytą, wspominał że masz jakieś wątpliwości dotyczące ślubu, że niby taka przedślubna trema. -Odwrócił moją uwagę nakręcając sobie kosmyk moich włosów na palec.- Z pewnością byłabyś piękną panną młodą-wycedził przez zęby i podniósł moją brodę zmuszając do tego, żebym znowu spojrzała w jego oczy.- Jednak nigdy nie sądziłem, że będziesz aż na tyle perfidna żeby wmawiać mi cudzego bachora.
Wciągnęłam powietrze głęboko do płuc, nie mogłam w to uwierzyć, jak Max mógł mi to zrobić, jak mógł do niego zadzwonić, po ostatnim wiedziałam że jest gotowy na wszystko żeby tylko mnie przy sobie zatrzymać, ale to mu się nie uda, nie pozwolę mu zniszczyć mojego życia.
-To nieprawda- usiłowałam się wytłumaczyć.-On chciał mnie siłą zatrzymać w domu, zamknął mnie w sypialni, właśnie dlatego miał mój telefon, uciekłam przez okno.
-Nie bądź żałosna, jeszcze brakowało mi historyjek o znęcaniu, ostatnio jakoś nie wyglądałaś jakbyś chciała od niego uciec, wręcz przeciwnie. To ja wtedy byłem tym złym, to mnie odstawiałaś na boczny tor, więc teraz nie myśl że będę twoim kołem ratunkowym i zastępczym ojcem dla tego dziecka. Masz dokładnie to czego chciałaś.
Złapałam go za ręce ale szarpnął się i odsunął ode mnie dwa kroki. Nie umiałam sie uspokoić, nie umiałam przestać płakać, wszystko miało się skończyć tylko i wyłącznie przez kłamstwa Max'a. Przez ułamek sekundy chciałam powiedzieć mu o tym że jestem chora, że zostało mi już tak niewiele czasu i dlatego wróciłam, dlatego że chciałam go spędzić z osobami które kocham. Ale nie mogłam mu tego zrobić, może właśnie tak miało być, może o to w tym chodziło, jeśli przestał mnie kochać, nie będzie cierpiał, nie będzie mu mnie brakowało. Starałam się przekonać samą siebie że to dobrze, że przynajmniej ten jeden raz go nie zranię. Teraz musiałam już walczyć tylko o jedno.
-Niczego od ciebie nie wymagam, ani o nic nie proszę, ale chce żebyś wiedział że będziemy mieli dziecko i nic już tego nie zmieni. Ja wiem że ono jest dowodem na to że kiedyś się kochaliśmy tak naprawdę, wbrew wszystkim i wszystkiemu.-Wyrzuciłam z siebie wszystko to co czułam, wciąż paliła się we mnie iskierka nadziei, że on jednak mi uwierzy, że wszystko będzie tak jak w moich najskrytszych marzeniach.
-Ty naprawdę chcesz dalej w to brnąć?? Gra skończona, znam już prawdę i nie masz po co udawać. Puszczałaś się z nim, puszczałaś się z nim jak jakaś ostatnia dziwka, a teraz przychodzisz do mnie jak zbity pies i błagasz o wybaczenie. Przykro mi, ale w moim życiu nie ma miejsca dla takich szmat jak ty.
Zamknęłam oczy, jego wyzwiska bolały mnie bardziej niż mógł przypuszczać, nigdy go nie zdradziłam, nigdy nie przestałam go kochać, a usłyszenie takich słów od kogoś kto był dla mnie całym życiem zupełnie mnie złamało. Nie miałam już siły, nie miałam siły do życia, ja nawet nie chciałam żyć. Wolałam już żeby śmierć przyszła teraz, właśnie w tym momencie, żeby nie czuć tego wszystkiego, żebym nie musiała żyć w świecie w którym on mnie nie kocha.
-To znaczy że wierzysz jemu, a nie mi??
Znowu się roześmiał, a jego śmiech rozrywał mi serce.
-Chyba sobie żartujesz?? Tobie nie uwierzył bym już w żadne słowo.
-W takim razie faktycznie nie mamy o czym rozmawiać- podeszłam do drzwi. Starałam się odpychać od siebie wszystkie myśli, przynajmniej do czasu aż wyjdę z jego domu. Musiałam zachować co najmniej resztki godności, to że był całym moim światem i oddałabym za niego wszystko, nie oznaczało że mógł mnie poniżać. Zrobiłam wszystko co mogłam zrobić żeby mi wybaczył, zerwałam zaręczyny z Max'em, przyleciałam tutaj, i błagałam go o wybaczenie, nic więcej nie mogę zrobić.
-No nareszcie długo zajęło ci zrozumienie że nie jesteś tu mile widziana.
-Mam nadzieję że wiesz co robisz, bo niektórych błędów nie da się już naprawić.
-Daj sobie spokój z tą psychologiczną gadką, jestem dużym chłopcem i wiem co robię.
Przez łzy prawie nie widziałam co się ze mną dzieję, poczułam jego ręce na plecach, wypchnął mnie na zewnątrz i trzasną drzwiami z taką siłą że aż podskoczyłam.
A więc to był koniec, i to ten ostateczny, definitywny. Nie chciałam o tym myśleć, nie teraz ani nie kiedykolwiek. Czułam jak boli mnie każdy kolejny oddech, słyszałam przyspieszone bicie serca i myślałam tylko o tym żeby wreszcie przestało bić. Chciałam umrzeć, to było aktualnie moje największe marzenie, gdyby śmierć przyszła teraz właśnie w tym momencie byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ruszyłam przed siebie, ale nogi same się pode mną uginały, w jednym momencie mój mózg postawił mi przed oczami okropne wspomnienie. Luke klęczał przede mną i błagał mnie o wybaczenie po tym jak mnie zdradził, pierwszy raz w naszym domu, w naszej sypialni. Ona stała w drzwiach i zwycięsko się uśmiechała, ale to nie miało znaczenia, liczyły się tylko jego oczy to z jakim przerażeniem na mnie patrzył, jak bardzo chciał mnie wtedy zatrzymać. Wtedy nie potrzebowałam żadnych słów, żadnych zapewnień, wystarczyło że na niego popatrzyłam i wiedziałam że mnie kocha, wiedziałam że był w stanie zrobić wszystko żebym tylko mu wybaczyła. Płakałam tak bardzo że zaczynałam tracić oddech. To nie było sprawiedliwe, on nie był sprawiedliwy, rozumiałam co on musiał teraz czuć i jak bardzo musiał cierpieć, ale to go nie tłumaczyło, to nie tłumaczyło tego jak mnie potraktował. Ja wybaczałam mu wszystko, każdą jego zdradę, każde kłamstwo, każdą obietnicę że już nigdy więcej nie weźmie narkotyków, a on nawet nie umiał mnie wysłuchać, nie chciał nawet wziąć pod uwagę tego że mogę mówić prawdę, po prostu mnie skreślił. Do mojej świadomości przebijało się tylko jedno stwierdzenie: gdyby mnie kochał uwierzył by mi, nie chciałam w to wierzyć, ale na prawdę tak było, jeżeli się kogoś kocha ufa się mu nie ważne ile razy nas okłamię i wybacza choćby popełnił najgorszy błąd świata. Jest się przy nim w najlepszych i najgorszych momentach życia, ale przede wszystkim nigdy się go nie opuszcza, a on zostawił mnie właśnie teraz, w momencie w którym potrzebowałam go bardziej niż kiedykolwiek.
Nawet nie wiem ile czasu spędziłam błąkając się bez celu po ulicach, wreszcie znalazłam się nad klifem który pokazał mi Luke tak dawno temu. Najwyraźniej coś podświadomie ciągnęło mnie do tego miejsca. Usiadłam na ziemi i wpatrywałam się w niebo które robiło sie coraz ciemniejsze, aż do momentu w którym zapadła całkowita ciemność. Czułam przy sobie jego bliskość, cały czas czułam to jak mocno mnie przytulał kiedy byliśmy tutaj razem. Zamknęłam oczy i położyłam dłonie na brzuchu. A jednak czułam sie szczęśliwa, moje życie miało dobiec końca za kilka miesięcy, ale ja czułam że wciąż będę żyła, będę żyła w tej malutkiej kruszynce, poza tym miałam w niej część Luke'a której nikt nie mógł mi odebrać. Niczego nie żałowałam, bo każda decyzja którą podejmowałam doprowadziła mnie właśnie do tego momentu. Przeżyłam wspaniałą miłość o której większość ludzi może tylko pomarzyć, nikt nie patrzył na mnie w taki sam sposób jak on, nikt nie dotykał mnie z taką czcią, nikt oprócz niego nie całował mnie w taki sposób żebym straciła oddech, nikt nigdy nie kochał i nie pokocha mnie tak jak on. Byłam wdzięczna Bogu za to że w czasie mojego tak krótkiego życia pokazał mi tak wspaniałe uczucia.
Usłyszałam że niedaleko mnie zatrzymał się samochód. Wstałam i spojrzałam w jego stronę, kierowca wysiadł zostawiając zapalone światła. Rozpoznałam jego sylwetkę, i kolejny raz byłam pewna że mam halucynację, to nie mógł być on, nie teraz nie w tym momencie. A jednak, kiedy zbliżył się do mnie jednocześnie wchodząc w zasięg reflektorów nie miałam już wątpliwości. Biegiem pokonałam dzielącą nas odległość i u ułamku sekundy znalazłam się w jego silnych ramionach.
-Wiedziałam- wyszeptałam.-Wiedziałam że mi uwierzysz. Tak bardzo cię kocham.
Zamknęłam oczy i wciągałam głęboko do płuc zapach jego skóry, kurczowo przyciskałam go do siebie. Chciałam zatrzymać tą chwile na zawsze, właśnie tak idealną. Ale on nie pozwolił mi się nią cieszyć wystarczająco długo, złapał mnie za ramiona i brutalnie odsunął od siebie. Wystarczyło mi jedno spojrzenie w jego oczy żeby zrozumieć że wcale mi nie wybaczył, wręcz przeciwnie jego oczy aż kipiały od wściekłości.
-Widzę że już do reszty ci odbiło, wiesz jak niebezpieczne jest błąkanie się po takich miejscach w środku nocy. Myślałem że jesteś choć trochę mądrzejsza.
-Nie odbiło mi po prostu chciałam pobyć sama, a z tego co wiem to jest właśnie najlepsze do tego miejsce, ale przyjechałeś po mnie, czyli się o mnie martwiłeś. Wciąż nie jestem ci obojętna tylko boisz się do tego przyznać zupełnie nie wiem dlaczego.
Roześmiał się i założył ręce na piersi, usiłował grać zupełnie wyluzowanego, ale widziałam jak napięte było jego ciało.
-Martwiłem się?? Dobre sobie. Jai postawił wszystkich na nogi, uznał że na pewno coś ci się stało, nie miałem zamiaru uczestniczyć w tej zabawie, ale ty chyba zrobiłaś mu jakieś pranie mózgu bo nie chciał dać mi spokoju.
Podszedł do samochodu i otworzył drzwi, to była ostatnia szansa na szczerą rozmowę.
-Myślałeś nad tym dlaczego to właśnie ty mnie znalazłeś?? Bo ja uważam że to nie jest przypadek, i wiem że ty też to czujesz. Dla nas obojga to miejsce wiele znaczy, dlaczego tu przyjechałeś??Dlaczego pomyślałeś że mogę być akurat tu?? No dlaczego?? -Dopytywałam kiedy zobaczyłam że jego palce coraz bardziej zaciskają się na drzwiach samochodu. Zadawałam mu niewygodne pytania, takie na które nie umiał odpowiedzieć, nie włączając w to uczuć. Na nie nie było logicznej odpowiedzi. Patrzyłam jak starał się mimo wszystko zachować spokojny oddech, stał tyłem do mnie, w dodatku w ciemności, więc nie mogłam do końca rozszyfrować co teraz czuje. Gdybym tylko mogła spojrzeć mu teraz w oczy.
-Wsiadaj do samochodu odwiozę cie do Jai'a - zakomunikował głosem zupełnie wypranym z jakichkolwiek uczuć.
Teraz miałam już pewność że tak samo jak ja był skołowany całą tą sytuacją, nie umiał wytłumaczyć samemu sobie dlaczego tu przyjechał, coś nas tutaj przyciągnęło nie bez powodu. A ja miałam zamiar wykorzystać tą sytuację.
-Nigdzie nie pójdę- zabrzmiałam tak stanowczo że sama dziwiłam się że jeszcze nie zaczął łamać mi się głos.
-Co takiego??-usłyszałam jego warknięcie.
-Nigdzie nie pójdę dopóki mi nie uwierzysz.
Znowu stanął koło mnie, wreszcie mogłam spojrzeć w jego oczy, uwielbiałam to robić, mimo że teraz patrzył na mnie inaczej, zupełnie inaczej niż kiedyś.
-Dlaczego musisz być taką egoistką?? Zawsze myślisz tylko o sobie. Było tak kiedy mnie zostawiłaś i wyjechałaś do Australii, tak po prostu bez słowa. Później kiedy ja rzuciłem dla ciebie narkotyki, przestałem sypiać z przypadkowymi dziewczynami i pojechałem tam do ciebie potraktowałaś mnie jak śmiecia, jak zepsutą zabawkę. Nie wiesz co ja wtedy przez ciebie przeszedłem, nie masz pojęcia ile nocy spędziłem siedząc na łóżku i myśląc nad tym jak dobrze byłoby wziąć śmiertelną dawkę tego świństwa żeby w końcu nie mieć przed oczami obrazu ciebie w jego objęciach. Rozumiesz?? Wtedy straciłem wszystko, ale kiedy nauczyłem się żyć od nowa ty nagle zjawiasz się pod moimi drzwiami z jego bachorem w brzuchu. Jeżeli faktycznie kochasz mnie tak bardzo jak to deklarujesz, zostaw mnie i chociaż raz nie utrudniaj mi życia.
Ani przez chwilę nie spuściłam z niego wzroku, wiedziałam że musi się wyładować, musiał dać upust temu co siedziało zamknięte w nim od czasu kiedy ostatni raz się widzieliśmy. Dzięki temu przeszłość przestanie nam ciążyć i będziemy mogli iść na przód. Nigdy nie sądziłam że nasze rozstanie było dla niego aż tak bolesne, że mógł je aż tak mocno przeżyć że chciał się zabić, nie dopuszczałam do siebie myśli że mógłby to zrobić, że z własnej winy mogłabym stracić największy skarb mojego życia.
-Dobrze wiesz że to nie tak, historia którą przedstawił ci Max nie jest prawdziwa, wiem że mi nie wierzysz, ale myślisz że mogłabym cię okłamać tak?? Patrząc ci prosto w oczy.
Spuścił wzroki zakrył usta pięścią, wiedziałam że jest o krok od tego żeby mi uwierzyć, złapałam jego dłoń i przyłożyłam do mojego brzucha.
Odskoczył jak oparzony i cofnął się na tyle żebym nie mogła go dosięgnąć.
-Wsiadaj do samochodu.
-Nie Luke proszę.
Czułam że znowu go tracę, dystans między nami powiększał się z sekundy na sekundę.
-Po prostu wsiądź do tego cholernego samochodu.
Znowu był wściekły, nie bałam się go, wiedziałam że nie zrobi mi krzywdy, bałam się że sam sobie ją zrobi, nie mogłam go zostawić w takim stanie. Kiedy nie ruszyłam się z miejsca wyciągnął telefon i wybrał czyjś numer. Kolejny raz zniknął w ciemności, po chwili usłyszałam jego głos:
-Tak Jai znalazłem ją, ale musisz tu po nią przyjechać.
Żałowałam że nie słyszę co mówi Jai, ale najwyraźniej to co powiedział nie spodobało się Luke'owi, słyszałam jak głośno wypuszczał powietrze.
-Nie, nie mogę jej zabrać do sobie przyjedź nad klif albo zostawię ją tu samą.
Najwyraźniej zakończył rozmowę bo już więcej się nie odezwał, nie miałam pojęcia gdzie jest, ale wiedziałam że mnie usłyszy.
-Luke przepraszam, przepraszam że nie umiałam kochać cię wystarczająco mocno. Popełniłam w życiu wiele błędów, i wielu z nich żałuje, ale zakochanie się w tobie było najwspanialszą rzeczą jaka przytrafiła mi się w życiu, dzięki tobie nauczyłam się jak to jest kochać i być kochaną. Dziękuje ci za to.
Rozglądałam się przez chwilę wokół siebie, ale nigdzie go nie było, nie pojawił się nagle i nie wziął mnie z całej siły w ramiona. Musiałam się po prostu pogodzić z tym że życie nie jest bajką i nie ma szans na spełnienie się najwspanialszych scenariuszy. Usiadłam na ziemi i oparłam się o zderzak samochodu.
Jai przyjechał po jakiś dziesięciu minutach, po tym jak mocno mnie przytulił i uświadomił mi jak bardzo wielkiego stracha mu napędziłam pojechaliśmy do domu. Zadawał mi setki pytań, a ja odpowiadałam na nie tak jak gdyby nigdy nic się nie stało, chciałam oszczędzić nerwów przynajmniej jemu. Kiedy tylko wróciliśmy przypomniałam sobie o tym że wszystkie moje lekarstwa zostały u Max'a, umówiłam się z Jai'em że jutro z samego rana zabierze mnie do lekarza i kupimy nowe tabletki, w końcu nie mogłam ryzykować tego żeby coś stało się mojemu maleństwu. Zadzwonił jego telefon, odebrał jak najszybciej żeby nie obudzić wszystkich w domu.
-Tak to ja-odpowiedział sztywnym tonem.
Zmarszczyłam brwi, już dawno nie słyszałam żeby rozmawiał z kimkolwiek w ten sposób. Widziałam jak zapadał w coraz większy szok.
-Dziękuję zaraz tam będę.
Stanęłam przed nim i popatrzyłam w jego zupełnie nieobecne oczy, na sam ich widok ciarki przeszły mi po plecach.
-Jai co się stało?-zapytałam zdezorientowana.
Nie odpowiadał, trzęsącymi się rękami wsunął telefon do kieszeni.
-Jai??-starałam się nim potrząsnąć żeby się ocknął. Dopiero po kilku sekundach spojrzał mi w oczy z niezrozumiałym dla mnie wyrazem.
-Luke miał wypadek -wypowiedział wreszcie.
Wystarczyły trzy słowa w odpowiednim zestawieniu żeby zmrozić moją krew i wstrzymać bicie serca.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wreszcie rozmowa z Luke'iem na którą wszyscy czekali. Mam nadzieję że wam się podoba. Czekam na wasze opinie.
środa, 11 listopada 2015
Rozdział 42
Kiedy koła samolotu oderwały się od płyty lotniska poczułam ulgę, zostawiałam to wszystko za sobą, Max'a, mój niedoszły ślub, mój gang i wyścigi w których startowałam. Teraz tego po prostu nie było, czułam jakby spadł ze mnie wielki ciężar z którego istnienia nawet nie zdawałam sobie sprawy, świadomość że najgorszy koszmar mojego życia dobiegł końca sprawiała że czułam się lekka jak nigdy wcześniej. Teraz wracałam do domu, do miejsca w którym wszystko się zaczęło i w którym na zawsze zostało moje serce. Nie potrafiłam racjonalnie myśleć, nie obchodziło mnie to że nie będę miała się gdzie podziać, bo przecież przed moim wyjazdem mieszkałam u Luke'a, ani to że prawdopodobnie moi rodzice zorientują się że nie jestem w Australii, w końcu nie było mowy o tym żebym mieszkając w tym samym mieście co oni nie natchnęła się na któregoś z ich ''szpiegów'' który zaraz im o mnie doniesie. Ale miałam to gdzieś byłam gotowa zmierzyć się z konsekwencjami, postanowiłam sobie koniec z uciekaniem od najtrudniejszych sytuacji i miałam zamiar dotrzymać słowa. Jednak moje myśli cały czas odpływały tylko w jednym kierunku, wyobraziłam sobie już chyba z tysiąc różnym możliwości rozmowy z Luke'iem, w jednych brał mnie w ramiona i przytulał tak mocno że zapominałam o tych kilku zmarnowanych miesiącach czułam się wtedy tak jakbyśmy się nigdy nie rozstali, jakby wymazał mi pamięć z ostatnich kilku miesięcy. To był najwspanialszy scenariusz, ale ja nie byłam głupia, wiedziałam że jest na mnie wściekły, dlatego przed moimi oczami pojawiały się też inne wizje, na przykład kiedy krzyczy że mnie nienawidzi a później każe mi się wynosić. To było bolesne, wiedziałam że go skrzywdziłam i nie będzie mi łatwo wytłumaczyć mu całą tą sytuację, zamknęłam oczy mokre od łez, ale mimo wszystko się uśmiechnęłam, jednak niezależnie od tego jaki scenariusz miał się okazać prawdziwym było w nich coś wspólnego, w każdym się z nim spotykałam, i patrzyłam w jego czekoladowe oczy. To było aktualnie moje największe marzenie, nie wybaczenie, bo wiedziałam że na to nie zasłużyłam, ale rozmowa, w której mogłabym wyjaśnić mu wszystko od początku do końca. Miał prawo wiedzieć co mną kierowało kiedy decydowałam się że zostawię go samego i ucieknę na drugi koniec świata. W miarę zbliżania się do Los Angeles moje serce biło coraz mocniej a w żołądku zawiązał mi się supeł, byłam tak podniecona że nie umiałam usiedzieć na miejscu, cały czas zmieniałam pozycję i patrzyłam na zegarek, jeszcze tylko dziesięć minut i wylądujemy. Miałam nadzieję że Jai będzie czekał na mnie na lotnisku tak jak się umawialiśmy, miałam do niego zadzwonić przed samym startem, ale pech chciał że włożyłam telefon do torby która została w domu, wolałam po nią nie wracać i nie narażać się na to że Max mnie zobaczy, za bardzo bałam się jego nowego agresywnego wcielenia, był jak zupełnie obca osoba, jak ktoś kogo nie znałam, a przecież spędziłam z nim dziewięć miesięcy.
Koniec tego, koniec rozpamiętywania przeszłości i analizowania wszystkiego w najmniejszych detalach to co ma się stać i tak się stanie niezależnie od mojej woli.
Wysiadłam z samolotu i ruszyłam w stronę miasta, po przejściu przez bramki zobaczyłam wszystkich ludzi czekających na swoich bliskich, poczułam ukłucie w sercu, brakowało mi tego, brakowało mi mężczyzny który czekał by na mnie z takim utęsknieniem w oczach, że kiedy tylko by mnie zobaczył pojawiły by się w nich łzy. Łzy szczęścia.
Potrząsnęłam głową starając się odgonić od siebie te myśli i wróciłam do szukania Jai'a, wypatrzyłam go zanim on zdążył zobaczyć mnie. Stanęłam jak wmurowana kiedy zorientowałam się że nie jest sam, przy jego boku stała Kate i opierała głowę na jego ramieniu, trzymali się za ręce. Zachowywali się tak jakby wokół nich nie było nikogo, jakby nie widzieli poza sobą świata. Przełknęłam głośno ślinę, najwyraźniej tutaj zmieniło się dużo więcej niż się tego spodziewałam. Przez chwilę zastanawiałam się czy mam prawo im przeszkadzać, najchętniej schowała bym się gdzieś jak najszybciej i udawała że mnie tu nie ma. Nie rozumiałam samej siebie, oboje byli moimi przyjaciółmi, i powinnam chcieć ich szczęścia, przecież ich znałam i wiedziałam że oboje za dużo przeszli żeby pozwolić sobie na kolejny nieudany związek. Tylko dlaczego mi o tym nie powiedzieli, przecież tak często rozmawiałam z Jai'em wydawało mi się że ta rozłąka nic nie zmienia, że wciąż jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi którzy mówią sobie o wszystkim, a tymczasem on ukrywał przede mną coś takiego.
Odetchnęłam głęboko, wcale nie byłam lepsza, ukrywałam przed nim moją ciążę, ukrywałam wszystko co zdarzyło się między mną a Luke'iem w Australii. Ja chyba najzwyczajniej w świecie byłam zazdrosna, tak na pewno byłam zazdrosna, nie umiałam się powstrzymać przed tym uczuciem, kiedy widziałam jacy byli zapatrzeni w siebie czułam ucisk w klatce piersiowej, ja i Luke też kiedyś tak wyglądaliśmy, wciąż doskonale pamiętam wyraz jego oczu kiedy na mnie patrzył, był tak zafascynowany, patrzył na mnie jak na coś najwspanialszego, nikt już nigdy nie spojrzał na mnie w ten sposób.
Poczułam się bezsilna, zaczynało robić mi się słabo więc zrobiłam krok do tyłu miałam nadzieje że uda mi się uciec zanim zdążą mnie zauważyć. Ale mój pech musiał objawić się po raz kolejny, Jai popatrzył w moją stronę i uśmiechnął się przeskakując barierki, zanim zdążyłam zrozumieć co się ze mną dzieję przycisnął mnie do swojej piersi i przytulił tak mocno że w jednej chwili wyczyścił wszystkie moje myśli, znów było tak jak kiedyś, jak wtedy kiedy po każdej kłótni z Luke'iem zawsze znajdowałam u niego schronienie, był jak mój obrońca, jak ktoś na kogo mogłam liczyć zawsze, niezależnie od tego w jak beznadziejnej sytuacji się znalazłam. On zawsze znajdował wyjście.
Ale tym razem nie mogłam liczyć na to że rozwiąże mój problem za mnie, to ja musiałam się z nim zmierzyć. Sama.
-Nawet nie wiesz jak się za tobą stęskniłem -powiedział, wtulając twarz w moją szyję. Nie umiałam się temu oprzeć, przytuliłam go z całej siły i dałam się ponieść tej chwili.
-Ja też za tobą tęskniłam- czułam że łzy spływają mi po policzkach, przez tą ciążę stałam się dużo bardziej emocjonalna niż dotychczas.
-Ale ja bardziej i bez dyskusji-odsunął się ode mnie i złapał za ramiona, uważnie studiując każdy centymetr mojej twarzy. -Nic się nie zmieniłaś- stwierdził w końcu.
Poczułam jak znowu robi mi się słabo, teraźniejszość nie dawała o sobie zapomnieć. Chociaż tak kurczowo starałam się trzymać przeszłości, tej w której byłam bezpieczna i szczęśliwa, nie mogłam tam zostać, nie mogłam żyć wspomnieniami, chociaż tak bardzo tego chciałam.
-Myślę że zmieniłam się dużo bardziej niż ci się wydaję.
-Jesteś w ciąży??- wypaliła Kate niespodziewanie. Było to z jej strony bardziej stwierdzenie niż pytanie. Wyglądało na to że faktycznie kobiety miały lepszego nosa jeśli o to chodzi. Zresztą to nie było specjalne osiągnięcie, wystarczyło mi się tylko przyglądnąć, biorąc pod uwagę że nie miałam zamiaru chować brzucha pod luźnymi ubraniami. Moja ciąża nie była dla mnie powodem do wstydu, wręcz przeciwnie, była owocem największej miłości mojego życia, więc chciałam żeby cały świat o tym wiedział.
Jai rzucił jej podejrzliwe spojrzenie, po czym przeniósł je na mnie. Nie mogłam znieść przenikliwego wyrazu jego oczu. Wiedziałam że jest bystry i szybko kojarzy fakty, problem polegał na tym że on nie wiedziała o wszystkim, nie wiedziała o wizycie Luke'a w Australii, nie wiedział o tym że się spotkaliśmy, a tym bardziej o tym że ze sobą spaliśmy. Sprawa była prosta byłam w ciąży, a ojcem dziecka mógł być tylko i wyłącznie mój narzeczony, właściwie były narzeczony, ale o tym też nie zdążyłam go poinformować. Dzieliło nas za dużo niedomówień, musiałam to zmienić, i to jak najszybciej, zanim to na czym mi obecnie najbardziej zależało, nasza przyjaźń legnie w gruzach. Nigdy nie darowała bym sobie gdybym go straciła.
-To prawda?? -zapytał w końcu, a jego oczy spoważniały.
-Tak, to prawda jestem w ciąży- rozluźnił uścisk na moich ramionach i zagryzł wargi w zamyśleniu.
-Który to miesiąc??-zapytał wciąż unikając mojego spojrzenia.
-Czwarty.
-I przez cztery miesiące nie wpadłaś na to żeby mi o tym powiedzieć?? Przecież tyle razy ze sobą rozmawialiśmy, myślałem że mówimy sobie o wszystkim a ty wycinasz mi taki numer??
Nie był zły bardziej rozgoryczony, rozumiałam go, je też chciałam wiedzieć o wszystkim co działo się w jego życiu, w końcu na tym polegała przyjaźń, ale nie miał prawa mnie oceniać dopóki nie pozna całej historii.
-Jai daj spokój, najwyraźniej miała jakiś powód żeby nam nie powiedzieć.
-Nie, Jai ma rację, powinnam była mu powiedzieć. -Wzięłam głęboki oddech żeby uspokoić nerwy. -Ale spójrz na siebie, wcale nie jesteś lepszy, kiedy zamierzałeś mi powiedzieć o tym że jesteście razem, a może wcale nie miałeś takiego zamiaru, tylko pech chciał że akurat was razem zobaczyłam. Nie mam zamiaru ci tego wypominać, ani licytować się kto jest gorszym przyjacielem, chce tylko żebyś wysłuchał tego co mam ci do powiedzenia, zanim zaczniesz mnie oceniać.
Razem z Kate spojrzeli sobie w oczy, wiedziałam że trafiłam w ich czuły punkt, i o to mi chodziło. Nie czekałam ani chwili, za bardzo bałam się że stracę odwagę, od razu zaczęłam opowiadać im moją historię. Przedstawiłam wszystko, w najdrobniejszych szczegółach, nie ominęłam nawet mojej choroby, byli moimi przyjaciółmi, czyli jedynymi osobami do których miałam stu procentowe zaufanie, nie chciałam żeby wszyscy o tym wiedzieli ale musiałam się tym z kimś podzielić. Chyba najgorsze co może się komukolwiek przytrafić to bycie w takiej sytuacji zupełnie samemu, bez żadnego wsparcia, bez kogokolwiek kto przynajmniej znał by prawdę. Nie życzyłam czegoś takiego nawet najgorszemu wrogowi.
-A to sukinsyn- skwitował Jai kiedy doszłam do fragmentu mojej opowieści w którym Max siłą zaciągnął mnie do sypialni i zamknął tam żebym zmądrzała. Kate skupiła się na innym fragmencie.
-Chwileczkę bo ja chyba już nic nie rozumiem...Czy to oznacza że... Że zostało ci??
-Tak zostało mi kilka miesięcy życia- postanowiłam dokończyć za nią kiedy widziałam jak nie może znaleźć odpowiednich słów. Dla nich musiał to być wstrząs, sama nie wiem jak zareagowałabym na wiadomość że jedno z nich ma umrzeć za kilka miesięcy, ale ja byłam już pogodzona z losem.
-To przecież niedorzeczne, zabiorę cię do najlepszych lekarzy w kraju na pewno znajdą jakieś inne rozwiązanie. Przecież do cholery musi dać się coś zrobić.
-Jai nie, nie ma takiej potrzeby.
Zaczął nerwowo chodzić w tę i z powrotem. Było jeszcze gorzej niż się tego spodziewałam, wiedziałam że to jemu najciężej będzie pogodzić się z tą diagnozą, ale naiwne szukanie innej drogi nie miało sensu, musiał zrozumieć że świadomie podjęłam tą decyzję zdając sobie sprawę z wszystkich jej konsekwencji. Zatrzymałam go kładąc rękę na jego ramieniu, niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie i przytulił tak mocno że w jednym momencie zdałam sobie sprawę z tego co on czuje. Był bezsilny i to go bolało, tak bardzo chciał mi pomóc, ale nie mógł nic zrobić, ani on ani nikt inny nie mógł sprawić że stałby się cud.
-Dopiero cię odzyskałem- wyszeptał łamiącym się głosem, wciąż trzymając mnie w żelaznym uścisku. -Nie mogę pozwolić ci odejść. Nie tak, nie w ten sposób proszę ja za bardzo cię kocham. Nie rób mi tego błagam.
Zacisnęłam palce na jego koszulce. Nie byłam z kamienia, jego słowa bardzo mnie dotykały. Wiedziałam że nie chciał mnie ranić ale to właśnie robił każdej jego słowo było jak sztylet wbijany mi prosto w serce. Gdyby sytuacja była inna bez wahania uległabym jego błaganiom, chciałam z nim zostać, chciałam być częścią jego życia, dzielić z nim wszystko, każdą radość i każdą porażkę, ale taka przyszłość była nierealna, była tak odległa jakby oddzielała mnie od niej przepaść tak wielka że nie widziałam drugiego brzegu, wiedziałam że on gdzieś tam jest, ale zdecydowanie za daleko żebym mogła tam sięgnąć.
-Wiem Jai ja też cię kocham i oddałabym wszystko żeby nie musieć cię teraz zostawiać, ale ja już podjęłam decyzję. -Przerwałam na chwilę usiłując pozbierać myśli które krążyły wokół mnie doprowadzając do obłędu. Musiałam mu powiedzieć co czuje, powiedzieć mu jak bardzo go teraz potrzebuje, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej potrzebowałam teraz przyjaciela.- Zrozumiem jeżeli tego nie zaakceptujesz i nie będziesz chciał brać w tym wszystkim udziału, ale musisz wiedzieć że ja bez ciebie sobie z tym nie poradzę, ja nie umiem się z tego podnieść, nie umiem ustalić planu na przyszłość. Właściwie sama nie wiem dlaczego tu przyjechałam, nie wiem na co liczyłam. Byłam głupia, chyba po prostu bałam się że zostanę z tym wszystkim sama. Ja wciąż się boję, boję się że moje dziecko nie będzie miało nikogo kto się nim zaopiekuje, ja nie chcę żeby ono musiało iść do domu dziecka, chcę zapewnić mu jak najlepszą przyszłość- gadałam jak najęta. Wydawało mi się że zupełnie straciłam władzę nad tym co wychodziło z moich ust.
Jai odsunął mnie od siebie i spojrzał mi w oczy, dopiero wtedy zobaczyłam że płakał, nie chciałam tego, nie chciałam żeby było mu źle, przecież zależało mi na jego szczęściu, a zrzucałam na niego coś tak okropnego. Owszem zrobiło mi się lepiej kiedy w końcu komuś się z tego zwierzyłam, ale tylko kolejny raz pokazałam tym jaką wielką egoistką byłam.
-Nie mów tak nigdy więcej, nie pozwalam ci na to, nie zostaniesz sama, będę przy tobie bez względu na to co postanowisz, nawet jeżeli nie pozwolisz mi zabrać się do lekarzy, i jakoś ci pomóc. Ja przy tobie będę do samego końca. -Widziałam jak trudno było mu wypowiedzieć ostatnie słowa, zareagowałam impulsywnie, zaplotłam ręce na jego szyi i przytuliłam go mocno. Nie wiedziałam w jaki sposób mogłabym wyrazić to jak bardzo byłam mu wdzięczna, pokazał jak wspaniałym jest człowiekiem, chociaż ja doskonale wiedziałam o tym już wcześniej.
-Dziękuje -wyszeptałam wreszcie i puściłam go.
Przyłożył rękę do mojego brzucha czym nieco mnie zaskoczył, w pierwszym odruchu chciałam się cofnąć, nie umiałam nic poradzić na to że za wszelką cenę starałam się chronić moje maleństwo, na szczęście w ostatnim momencie udało mi się powstrzymać ten odruch. On był jedyną osobą o której intencje nie musiałam się obawiać.
-Czyli zostanę wujkiem -skwitował ze szczerym uśmiechem, ale w jego oczach wciąż czaił się smutek. -Nie sądziłem że to kiedykolwiek nastąpi, a już na pewno nie że tak szybko.
Właśnie chciałam mu odpowiedzieć, ale jego twarz spoważniała, i spojrzał mi w oczy w sposób którego nie umiałam określić. Ewidentnie coś chodziło mu po głowie.
-Luke o tym wie??- wstrzymałam powietrze kiedy zadał to pytanie, przypomniałam sobie prawdziwy cel mojego powrotu.
-Nie jeszcze nie- stwierdziłam zrezygnowana. -Ale chce mu powiedzieć i to teraz. Zabierzesz mnie do niego Jai??- mówiłam tak szybko żeby nie zdążył wejść mi w słowo.
Przez chwile wyglądał na zmieszanego, ale później rozluźnił się i złapał mnie za ręce.
-Oczywiście że cię do niego zabiorę, uważam że powinnaś mu jak najszybciej powiedzieć o wszystkim, może jemu uda się przemówić ci do rozsądku i zmusić do pójścia do lekarza.
Pokręciłam głową, Jai niczego nie rozumiał, musiałam wytłumaczyć mu że w ogóle nie mam zamiaru mówić Luke'owi że jestem chora. Nie potrafiłam tylko znaleźć odpowiednich słów żeby mój przyjaciel zrozumiał co mną kieruje.
-Jai ale ja nie chcę mówić mu o tym że zostało mi niecałe sześć miesięcy życia.
-Jak to??-zmarszczył brwi przyglądając mi się podejrzliwie.
-Po prostu chce mu powiedzieć że jestem z nim w ciąży, ale nie chcę mówić że jestem chora. Przecież go znasz, wiesz jak zareaguje, ale ja nie potrzebuje jego litości, nie potrzebuję tego żeby był ze mną tylko ze względu na to że za kilka miesięcy mnie tu nie będzie.
Puścił moje ręce i kolejny raz zaczął nerwowo chodzić w kółko. Chciałam żeby coś powiedział, żeby uświadomił mnie na czym stoję. Ta niepewność była okrutna, ścisnęło mnie w gardle, a w brzuchu czułam ostrza przebijające mnie od środka.
-Nie na to nie mogę się zgodzić, on powinien znać prawdę, całą prawdę.
-Wiem Jai, wiem o tym, ale zrób to dla mnie, wiem że proszę cię o bardzo wiele, ale chce przeżyć ten czas tak jak żyłam kiedyś, kiedy do was dołączyłam i byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Rozumiesz?? Nie chce żeby wisiał nade mną zegar który odlicza moje ostanie minuty, który tylko czeka żeby mnie stąd zabrać. Chce żeby on wybaczył mi bo mnie kocha, a nie dlatego że uważa że wypada tak postąpić, rozumiesz??
Przystanął na chwile i się zamyślił, wiedziałam już że jest po mojej stronie, widziałam to po nim, nie miał siły się ze mną sprzeczać, kiedy wiedział że i tak mam rację.
-Może jestem wariatem że się na to wszystko godzę, ale niech ci będzie, skoro dzięki temu poczujesz się lepiej.
Przeniosłam wzrok z niego na Kate, byłam jej wdzięczna za to że pozwoliła nam wszystko sobie wyjaśnić, nie czułam z nią już takiej więzi jak przed laty, ale wciąż była ważną osobą w moim życiu, cieszyłam się z tego że ona i Jai odnaleźli wspólne szczęście. Znałam ich oboje i wiedziałam że do siebie pasują, że też wcześniej nie wpadłam na to żeby ich ze sobą zeswatać. Ale teraz to ja musiałam odwiedzić mężczyznę mojego życia.
-Chcę jechać do Luke'a -powiedziałam zanim opuściły mnie resztki odwagi.
-Teraz?? -zapytał Jai z nieukrywanym zaskoczeniem. -Może pierwsze trochę odpoczniesz?? Zasłużyłaś sobie na to.
-Nie, chcę jechać teraz mam mu dużo do powiedzenia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam.
Jeśli ktokolwiek to jeszcze czyta proszę o komentarze, chce wiedzieć czy jest jeszcze dla kogo pisać.
Koniec tego, koniec rozpamiętywania przeszłości i analizowania wszystkiego w najmniejszych detalach to co ma się stać i tak się stanie niezależnie od mojej woli.
Wysiadłam z samolotu i ruszyłam w stronę miasta, po przejściu przez bramki zobaczyłam wszystkich ludzi czekających na swoich bliskich, poczułam ukłucie w sercu, brakowało mi tego, brakowało mi mężczyzny który czekał by na mnie z takim utęsknieniem w oczach, że kiedy tylko by mnie zobaczył pojawiły by się w nich łzy. Łzy szczęścia.
Potrząsnęłam głową starając się odgonić od siebie te myśli i wróciłam do szukania Jai'a, wypatrzyłam go zanim on zdążył zobaczyć mnie. Stanęłam jak wmurowana kiedy zorientowałam się że nie jest sam, przy jego boku stała Kate i opierała głowę na jego ramieniu, trzymali się za ręce. Zachowywali się tak jakby wokół nich nie było nikogo, jakby nie widzieli poza sobą świata. Przełknęłam głośno ślinę, najwyraźniej tutaj zmieniło się dużo więcej niż się tego spodziewałam. Przez chwilę zastanawiałam się czy mam prawo im przeszkadzać, najchętniej schowała bym się gdzieś jak najszybciej i udawała że mnie tu nie ma. Nie rozumiałam samej siebie, oboje byli moimi przyjaciółmi, i powinnam chcieć ich szczęścia, przecież ich znałam i wiedziałam że oboje za dużo przeszli żeby pozwolić sobie na kolejny nieudany związek. Tylko dlaczego mi o tym nie powiedzieli, przecież tak często rozmawiałam z Jai'em wydawało mi się że ta rozłąka nic nie zmienia, że wciąż jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi którzy mówią sobie o wszystkim, a tymczasem on ukrywał przede mną coś takiego.
Odetchnęłam głęboko, wcale nie byłam lepsza, ukrywałam przed nim moją ciążę, ukrywałam wszystko co zdarzyło się między mną a Luke'iem w Australii. Ja chyba najzwyczajniej w świecie byłam zazdrosna, tak na pewno byłam zazdrosna, nie umiałam się powstrzymać przed tym uczuciem, kiedy widziałam jacy byli zapatrzeni w siebie czułam ucisk w klatce piersiowej, ja i Luke też kiedyś tak wyglądaliśmy, wciąż doskonale pamiętam wyraz jego oczu kiedy na mnie patrzył, był tak zafascynowany, patrzył na mnie jak na coś najwspanialszego, nikt już nigdy nie spojrzał na mnie w ten sposób.
Poczułam się bezsilna, zaczynało robić mi się słabo więc zrobiłam krok do tyłu miałam nadzieje że uda mi się uciec zanim zdążą mnie zauważyć. Ale mój pech musiał objawić się po raz kolejny, Jai popatrzył w moją stronę i uśmiechnął się przeskakując barierki, zanim zdążyłam zrozumieć co się ze mną dzieję przycisnął mnie do swojej piersi i przytulił tak mocno że w jednej chwili wyczyścił wszystkie moje myśli, znów było tak jak kiedyś, jak wtedy kiedy po każdej kłótni z Luke'iem zawsze znajdowałam u niego schronienie, był jak mój obrońca, jak ktoś na kogo mogłam liczyć zawsze, niezależnie od tego w jak beznadziejnej sytuacji się znalazłam. On zawsze znajdował wyjście.
Ale tym razem nie mogłam liczyć na to że rozwiąże mój problem za mnie, to ja musiałam się z nim zmierzyć. Sama.
-Nawet nie wiesz jak się za tobą stęskniłem -powiedział, wtulając twarz w moją szyję. Nie umiałam się temu oprzeć, przytuliłam go z całej siły i dałam się ponieść tej chwili.
-Ja też za tobą tęskniłam- czułam że łzy spływają mi po policzkach, przez tą ciążę stałam się dużo bardziej emocjonalna niż dotychczas.
-Ale ja bardziej i bez dyskusji-odsunął się ode mnie i złapał za ramiona, uważnie studiując każdy centymetr mojej twarzy. -Nic się nie zmieniłaś- stwierdził w końcu.
Poczułam jak znowu robi mi się słabo, teraźniejszość nie dawała o sobie zapomnieć. Chociaż tak kurczowo starałam się trzymać przeszłości, tej w której byłam bezpieczna i szczęśliwa, nie mogłam tam zostać, nie mogłam żyć wspomnieniami, chociaż tak bardzo tego chciałam.
-Myślę że zmieniłam się dużo bardziej niż ci się wydaję.
-Jesteś w ciąży??- wypaliła Kate niespodziewanie. Było to z jej strony bardziej stwierdzenie niż pytanie. Wyglądało na to że faktycznie kobiety miały lepszego nosa jeśli o to chodzi. Zresztą to nie było specjalne osiągnięcie, wystarczyło mi się tylko przyglądnąć, biorąc pod uwagę że nie miałam zamiaru chować brzucha pod luźnymi ubraniami. Moja ciąża nie była dla mnie powodem do wstydu, wręcz przeciwnie, była owocem największej miłości mojego życia, więc chciałam żeby cały świat o tym wiedział.
Jai rzucił jej podejrzliwe spojrzenie, po czym przeniósł je na mnie. Nie mogłam znieść przenikliwego wyrazu jego oczu. Wiedziałam że jest bystry i szybko kojarzy fakty, problem polegał na tym że on nie wiedziała o wszystkim, nie wiedziała o wizycie Luke'a w Australii, nie wiedział o tym że się spotkaliśmy, a tym bardziej o tym że ze sobą spaliśmy. Sprawa była prosta byłam w ciąży, a ojcem dziecka mógł być tylko i wyłącznie mój narzeczony, właściwie były narzeczony, ale o tym też nie zdążyłam go poinformować. Dzieliło nas za dużo niedomówień, musiałam to zmienić, i to jak najszybciej, zanim to na czym mi obecnie najbardziej zależało, nasza przyjaźń legnie w gruzach. Nigdy nie darowała bym sobie gdybym go straciła.
-To prawda?? -zapytał w końcu, a jego oczy spoważniały.
-Tak, to prawda jestem w ciąży- rozluźnił uścisk na moich ramionach i zagryzł wargi w zamyśleniu.
-Który to miesiąc??-zapytał wciąż unikając mojego spojrzenia.
-Czwarty.
-I przez cztery miesiące nie wpadłaś na to żeby mi o tym powiedzieć?? Przecież tyle razy ze sobą rozmawialiśmy, myślałem że mówimy sobie o wszystkim a ty wycinasz mi taki numer??
Nie był zły bardziej rozgoryczony, rozumiałam go, je też chciałam wiedzieć o wszystkim co działo się w jego życiu, w końcu na tym polegała przyjaźń, ale nie miał prawa mnie oceniać dopóki nie pozna całej historii.
-Jai daj spokój, najwyraźniej miała jakiś powód żeby nam nie powiedzieć.
-Nie, Jai ma rację, powinnam była mu powiedzieć. -Wzięłam głęboki oddech żeby uspokoić nerwy. -Ale spójrz na siebie, wcale nie jesteś lepszy, kiedy zamierzałeś mi powiedzieć o tym że jesteście razem, a może wcale nie miałeś takiego zamiaru, tylko pech chciał że akurat was razem zobaczyłam. Nie mam zamiaru ci tego wypominać, ani licytować się kto jest gorszym przyjacielem, chce tylko żebyś wysłuchał tego co mam ci do powiedzenia, zanim zaczniesz mnie oceniać.
Razem z Kate spojrzeli sobie w oczy, wiedziałam że trafiłam w ich czuły punkt, i o to mi chodziło. Nie czekałam ani chwili, za bardzo bałam się że stracę odwagę, od razu zaczęłam opowiadać im moją historię. Przedstawiłam wszystko, w najdrobniejszych szczegółach, nie ominęłam nawet mojej choroby, byli moimi przyjaciółmi, czyli jedynymi osobami do których miałam stu procentowe zaufanie, nie chciałam żeby wszyscy o tym wiedzieli ale musiałam się tym z kimś podzielić. Chyba najgorsze co może się komukolwiek przytrafić to bycie w takiej sytuacji zupełnie samemu, bez żadnego wsparcia, bez kogokolwiek kto przynajmniej znał by prawdę. Nie życzyłam czegoś takiego nawet najgorszemu wrogowi.
-A to sukinsyn- skwitował Jai kiedy doszłam do fragmentu mojej opowieści w którym Max siłą zaciągnął mnie do sypialni i zamknął tam żebym zmądrzała. Kate skupiła się na innym fragmencie.
-Chwileczkę bo ja chyba już nic nie rozumiem...Czy to oznacza że... Że zostało ci??
-Tak zostało mi kilka miesięcy życia- postanowiłam dokończyć za nią kiedy widziałam jak nie może znaleźć odpowiednich słów. Dla nich musiał to być wstrząs, sama nie wiem jak zareagowałabym na wiadomość że jedno z nich ma umrzeć za kilka miesięcy, ale ja byłam już pogodzona z losem.
-To przecież niedorzeczne, zabiorę cię do najlepszych lekarzy w kraju na pewno znajdą jakieś inne rozwiązanie. Przecież do cholery musi dać się coś zrobić.
-Jai nie, nie ma takiej potrzeby.
Zaczął nerwowo chodzić w tę i z powrotem. Było jeszcze gorzej niż się tego spodziewałam, wiedziałam że to jemu najciężej będzie pogodzić się z tą diagnozą, ale naiwne szukanie innej drogi nie miało sensu, musiał zrozumieć że świadomie podjęłam tą decyzję zdając sobie sprawę z wszystkich jej konsekwencji. Zatrzymałam go kładąc rękę na jego ramieniu, niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie i przytulił tak mocno że w jednym momencie zdałam sobie sprawę z tego co on czuje. Był bezsilny i to go bolało, tak bardzo chciał mi pomóc, ale nie mógł nic zrobić, ani on ani nikt inny nie mógł sprawić że stałby się cud.
-Dopiero cię odzyskałem- wyszeptał łamiącym się głosem, wciąż trzymając mnie w żelaznym uścisku. -Nie mogę pozwolić ci odejść. Nie tak, nie w ten sposób proszę ja za bardzo cię kocham. Nie rób mi tego błagam.
Zacisnęłam palce na jego koszulce. Nie byłam z kamienia, jego słowa bardzo mnie dotykały. Wiedziałam że nie chciał mnie ranić ale to właśnie robił każdej jego słowo było jak sztylet wbijany mi prosto w serce. Gdyby sytuacja była inna bez wahania uległabym jego błaganiom, chciałam z nim zostać, chciałam być częścią jego życia, dzielić z nim wszystko, każdą radość i każdą porażkę, ale taka przyszłość była nierealna, była tak odległa jakby oddzielała mnie od niej przepaść tak wielka że nie widziałam drugiego brzegu, wiedziałam że on gdzieś tam jest, ale zdecydowanie za daleko żebym mogła tam sięgnąć.
-Wiem Jai ja też cię kocham i oddałabym wszystko żeby nie musieć cię teraz zostawiać, ale ja już podjęłam decyzję. -Przerwałam na chwilę usiłując pozbierać myśli które krążyły wokół mnie doprowadzając do obłędu. Musiałam mu powiedzieć co czuje, powiedzieć mu jak bardzo go teraz potrzebuje, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej potrzebowałam teraz przyjaciela.- Zrozumiem jeżeli tego nie zaakceptujesz i nie będziesz chciał brać w tym wszystkim udziału, ale musisz wiedzieć że ja bez ciebie sobie z tym nie poradzę, ja nie umiem się z tego podnieść, nie umiem ustalić planu na przyszłość. Właściwie sama nie wiem dlaczego tu przyjechałam, nie wiem na co liczyłam. Byłam głupia, chyba po prostu bałam się że zostanę z tym wszystkim sama. Ja wciąż się boję, boję się że moje dziecko nie będzie miało nikogo kto się nim zaopiekuje, ja nie chcę żeby ono musiało iść do domu dziecka, chcę zapewnić mu jak najlepszą przyszłość- gadałam jak najęta. Wydawało mi się że zupełnie straciłam władzę nad tym co wychodziło z moich ust.
Jai odsunął mnie od siebie i spojrzał mi w oczy, dopiero wtedy zobaczyłam że płakał, nie chciałam tego, nie chciałam żeby było mu źle, przecież zależało mi na jego szczęściu, a zrzucałam na niego coś tak okropnego. Owszem zrobiło mi się lepiej kiedy w końcu komuś się z tego zwierzyłam, ale tylko kolejny raz pokazałam tym jaką wielką egoistką byłam.
-Nie mów tak nigdy więcej, nie pozwalam ci na to, nie zostaniesz sama, będę przy tobie bez względu na to co postanowisz, nawet jeżeli nie pozwolisz mi zabrać się do lekarzy, i jakoś ci pomóc. Ja przy tobie będę do samego końca. -Widziałam jak trudno było mu wypowiedzieć ostatnie słowa, zareagowałam impulsywnie, zaplotłam ręce na jego szyi i przytuliłam go mocno. Nie wiedziałam w jaki sposób mogłabym wyrazić to jak bardzo byłam mu wdzięczna, pokazał jak wspaniałym jest człowiekiem, chociaż ja doskonale wiedziałam o tym już wcześniej.
-Dziękuje -wyszeptałam wreszcie i puściłam go.
Przyłożył rękę do mojego brzucha czym nieco mnie zaskoczył, w pierwszym odruchu chciałam się cofnąć, nie umiałam nic poradzić na to że za wszelką cenę starałam się chronić moje maleństwo, na szczęście w ostatnim momencie udało mi się powstrzymać ten odruch. On był jedyną osobą o której intencje nie musiałam się obawiać.
-Czyli zostanę wujkiem -skwitował ze szczerym uśmiechem, ale w jego oczach wciąż czaił się smutek. -Nie sądziłem że to kiedykolwiek nastąpi, a już na pewno nie że tak szybko.
Właśnie chciałam mu odpowiedzieć, ale jego twarz spoważniała, i spojrzał mi w oczy w sposób którego nie umiałam określić. Ewidentnie coś chodziło mu po głowie.
-Luke o tym wie??- wstrzymałam powietrze kiedy zadał to pytanie, przypomniałam sobie prawdziwy cel mojego powrotu.
-Nie jeszcze nie- stwierdziłam zrezygnowana. -Ale chce mu powiedzieć i to teraz. Zabierzesz mnie do niego Jai??- mówiłam tak szybko żeby nie zdążył wejść mi w słowo.
Przez chwile wyglądał na zmieszanego, ale później rozluźnił się i złapał mnie za ręce.
-Oczywiście że cię do niego zabiorę, uważam że powinnaś mu jak najszybciej powiedzieć o wszystkim, może jemu uda się przemówić ci do rozsądku i zmusić do pójścia do lekarza.
Pokręciłam głową, Jai niczego nie rozumiał, musiałam wytłumaczyć mu że w ogóle nie mam zamiaru mówić Luke'owi że jestem chora. Nie potrafiłam tylko znaleźć odpowiednich słów żeby mój przyjaciel zrozumiał co mną kieruje.
-Jai ale ja nie chcę mówić mu o tym że zostało mi niecałe sześć miesięcy życia.
-Jak to??-zmarszczył brwi przyglądając mi się podejrzliwie.
-Po prostu chce mu powiedzieć że jestem z nim w ciąży, ale nie chcę mówić że jestem chora. Przecież go znasz, wiesz jak zareaguje, ale ja nie potrzebuje jego litości, nie potrzebuję tego żeby był ze mną tylko ze względu na to że za kilka miesięcy mnie tu nie będzie.
Puścił moje ręce i kolejny raz zaczął nerwowo chodzić w kółko. Chciałam żeby coś powiedział, żeby uświadomił mnie na czym stoję. Ta niepewność była okrutna, ścisnęło mnie w gardle, a w brzuchu czułam ostrza przebijające mnie od środka.
-Nie na to nie mogę się zgodzić, on powinien znać prawdę, całą prawdę.
-Wiem Jai, wiem o tym, ale zrób to dla mnie, wiem że proszę cię o bardzo wiele, ale chce przeżyć ten czas tak jak żyłam kiedyś, kiedy do was dołączyłam i byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Rozumiesz?? Nie chce żeby wisiał nade mną zegar który odlicza moje ostanie minuty, który tylko czeka żeby mnie stąd zabrać. Chce żeby on wybaczył mi bo mnie kocha, a nie dlatego że uważa że wypada tak postąpić, rozumiesz??
Przystanął na chwile i się zamyślił, wiedziałam już że jest po mojej stronie, widziałam to po nim, nie miał siły się ze mną sprzeczać, kiedy wiedział że i tak mam rację.
-Może jestem wariatem że się na to wszystko godzę, ale niech ci będzie, skoro dzięki temu poczujesz się lepiej.
Przeniosłam wzrok z niego na Kate, byłam jej wdzięczna za to że pozwoliła nam wszystko sobie wyjaśnić, nie czułam z nią już takiej więzi jak przed laty, ale wciąż była ważną osobą w moim życiu, cieszyłam się z tego że ona i Jai odnaleźli wspólne szczęście. Znałam ich oboje i wiedziałam że do siebie pasują, że też wcześniej nie wpadłam na to żeby ich ze sobą zeswatać. Ale teraz to ja musiałam odwiedzić mężczyznę mojego życia.
-Chcę jechać do Luke'a -powiedziałam zanim opuściły mnie resztki odwagi.
-Teraz?? -zapytał Jai z nieukrywanym zaskoczeniem. -Może pierwsze trochę odpoczniesz?? Zasłużyłaś sobie na to.
-Nie, chcę jechać teraz mam mu dużo do powiedzenia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam.
Jeśli ktokolwiek to jeszcze czyta proszę o komentarze, chce wiedzieć czy jest jeszcze dla kogo pisać.
niedziela, 25 października 2015
Rozdział 41
Zaczynał się właśnie czwarty miesiąc mojej ciąży, wszystko w moim życiu zmieniło się diametralnie od kiedy zmieniło się moje myślenie, teraz nie było ważne to co czułam i czego chciałam, liczyła się ta mała kruszynka w moim brzuchu i to żeby ona była szczęśliwa. Właśnie dlatego zrezygnowałam z wyścigów i wycofałam się z całego mafijnego świata, teoretycznie wiedziałam że jeśli raz się w to wplączesz nie ma już odwrotu, dlatego byłam więcej niż pewna tego że moja przeszłość jeszcze kiedyś się o mnie upomni. Wolałam jednak jak najbardziej oddalać od siebie te myśli co w ostatnim czasie nie było takie łatwe, miałam wrażenie że moje życie na zmianę popada ze skrajności w skrajność. Jeszcze trzy miesiące temu nie miałam nawet minuty na to żeby usiąść w spokoju i poważnie zastanowić się nad swoim życiem, teraz było zupełnie odwrotnie. Max znalazł sobie pracę twierdząc że skoro jestem w ciąży, a on jest prawdziwym mężczyzną musi zapewnić mi dobrobyt przez co nie było go w domu prawie wcale, a mi pozostało siedzenie w samotności i rozmyślanie które powoli doprowadzało mnie do szału. Jednak dogłębne analizowanie każdej sekundy nie było niczym dobrym, raczej stwarzało więcej problemów których do tej pory nie było. Było jeszcze coś: wspomnienia które wracały do mnie niezależnie od mojej woli. Szczególnie prześladował mnie jeden obraz, oczy Luke'a kiedy ostatni raz na mnie patrzył, kiedy oboje wiedzieliśmy że to już koniec. Te oczy w niczym nie przypominały mi tych w które patrzyłam kiedy się przy nim budziłam wtedy były jasne, radosne, kiedy na mnie patrzył błyszczały w nich iskierki, jego ostatnie spojrzenie było inne z wierzchu zimne i wyrachowane, ale ja wiedziałam że to tylko jego poza, nie chciał pokazać mi, ani samemu sobie tego jak bardzo go to dotyka. Od zawsze taki był, niezwykle oszczędny jeżeli chodziło o wyrażanie uczuć, to że był impulsywny nie oznaczało że tak łatwo było zgadnąć co czuje, swoimi wybuchami złości nie raz umiał zakamuflować zawód, troskę, albo nawet to jak bardzo mu zależy.
Właśnie dlatego bardzo często kiedy zostawałam sama w domu opowiadałam mojemu maleństwu o jego prawdziwym ojcu, zdawałam sobie sprawę z tego że kiedy podrośnie to do Max'a będzie mówiło tato, i to było najgorsze, świadomość że nie tylko ja będę żyła w kłamstwie, ale skazuje też na to swoje dziecko. Cały czas tłumaczę sobie że robię to dla jego dobra, ale czy można kłamać dla czyjegoś dobra. Kłamstwo i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw, a wtedy zostanie już tylko złość. Takich rzeczy się po prostu nie wybacza.
Dlatego starałam się nie myśleć o przyszłości, całe moje plany wykraczały maksymalnie kilka miesięcy w przód. Jak na przykład te o naszym ślubie który miał się odbyć już za szesnaście dni, można powiedzieć że wszystko było dopięte już na ostatni guzik menu, tort, dekoracje, a nawet maja suknia którą trzeba było dopasować do moich nowych gabarytów. Max był perfekcjonistą do tego stopnia że wszystko musiało grać jak w zegarku, nie było mowy o żadnym odstępstwie od wcześniej ustalonego planu. To była kolejna jego cecha której nienawidziłam, ja wolałam iść na żywioł, podejmować decyzje pod wpływem impulsu, niż planować każdy szczegół z kilku miesięcznym wyprzedzeniem. Ale może to właśnie dobrze, teraz kiedy spodziewałam się dziecka potrzebowałam kogoś ustatkowanego, kogoś kto poukłada za mnie moje życie, nie ważne że wbrew temu w co wierzyłam, potrzebowałam stabilizacji.
Byłam do tego stopnia pogrążona w myślach, że nawet nie zauważyłam kiedy do gabinetu wszedł lekarz, ocknęłam się dopiero kiedy usiadł na przeciwko mnie kładąc na biurku teczkę z moim nazwiskiem. Była to trzecia wizyta kontrolna, na której miałam odebrać wyniki badań zrobionych dwa tygodnie temu. Nie denerwowałam się, w ostatnim czasie czułam się coraz lepiej, dolegliwości z pierwszych dwóch miesięcy minęły, teraz mogłam cieszyć się idealnym spokojem czekając na moją upragnioną kruszynkę. Przynajmniej w teorii tak właśnie było.
Mężczyzna odetchnął ciężko przeglądając wyniki starałam się odczytać coś z wyrazu jego twarzy, ale dwie poprzeczne zmarszczki na jego czole nie wiele mi mówiły.
-Obawiam się że nie będę miał dla pani dobrych wiadomości. -Podniósł wzrok spoglądając na mnie, podparł brodę na rękach bacznie obserwując moją reakcję. Odruchowo przyłożyłam dłonie do brzucha, jego słowa mogły oznaczać tylko jedno, coś złego stało się z moim maleństwem. Zaczęłam szybciej oddychać, starałam się nie dramatyzować, ale w mojej głowie pojawiały się tylko najczarniejsze scenariusze, straciłam już wszystko na czym mi w życiu zależała, nie mogłam stracić mojego dziecka. To byłby koniec, koniec wszystkiego.
-Co to oznacza??-zapytałam, ale słowa z trudnością przechodziły mi przez gardło.
Lekarz jeszcze raz spojrzał na kartki leżące przed nim, teraz żałowałam że nie mogę rozszyfrować tego co na nich pisze, chciałam wiedzieć na czym stoję, chciałam wiedzieć co się dzieje że robi on z tego przede mną taką tajemnice.
-Ma pani złe wyniki, można powiedzieć że bardzo złe.
Wstrzymałam oddech. Nie dramatyzuj, tylko nie dramatyzuj, starałam się przekonać samą siebie że to nic takiego, że jego słowa nie koniecznie muszą oznaczać wyrok.
-Czy to oznacza że... -nie miałam siły żeby dokończyć zdanie, ale to było chyba na tyle jasne że nie musiałam tego wyjaśniać. Przybrał łagodniejszy wyraz twarzy, wydawało mi się że był nawet bliski tego żeby się uśmiechnąć.
-Nie, pani dziecko żyje i jest zdrowe.
Ulga jaką poczułam była niesamowita, wydawało mi się że ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Byłam tak szczęśliwa że dopiero po dłuższej chwili odezwał się mój rozsądek. Skoro z moim dzieckiem wszystko było w porządku jakie złe wiadomości miał mi do przekazania.
-Problem leży zupełnie gdzie indziej, pani organizm bardzo źle znosi tą ciążę, nie do końca wiem dlaczego, ale traktuje on dziecko jako rodzaj choroby, na którą produkuje przeciwciała, które z kolei zamiast atakować ciało dziecka zabijają panią od środka.
Wbiłam pusty wzrok w blat stołu, nie rozumiałam ani jednego słowa które wypowiadał mężczyzna. A właściwie to je rozumiałam, ale mój mózg szukał w nich ukrytego znaczenia, czegoś co wytłumaczyło by mi co się w ogóle ze mną dzieje.
-Pierwszy raz w mojej karierze spotykam się z takim przypadkiem, więc skonsultowałem się z najlepszymi lekarzami w kraju i ustaliliśmy że mas pani teraz dwie możliwości.
Zakaszlał chcąc przykuć tym moją uwagę, spojrzałam na niego, ale od razu tego pożałowałam, jego zatroskana twarz i współczucie niemal lejące się z jego oczu oznaczały kolejne złe informacje. W środku krzyczałam i z całej siły zaprzeczałam, ale na zewnątrz nie poruszyłam nawet małym palcem, nie mogłam sobie pozwolić na coś takiego. Nauczyłam się tego już bardzo dawno temu, za żadne skarby świata nie mogłam pokazywać moich słabości, bo nigdy nie wiedziałam kto mógł mnie obserwować i wykorzystać to w najmniej odpowiednim momencie.
-W zasadzie nie powinienem dawać pani wyboru, ponieważ etyka lekarska wymaga ode mnie tego żebym działał dla pani dobra, nawet wbrew pani woli, ale uważam że tak ważne decyzje każdy z nas powinien podejmować samodzielnie. Pierwsza możliwość jest gorsza, przynajmniej moim zdaniem, polega ona na tym że teraz przepiszę pani leki, dzięki którym przeciwciała nie dostaną się do ciała dziecka, dzięki temu będzie pani mogła donosić tę ciążę. Jednak wiąże się to z wielkim ryzykiem, nie mogę zapewnić pani tego że przeciwciała nie zabiją pani przed końcem tej ciąży, a nawet jeżeli uda nam się doprowadzić ją do końca nie ma pani szans na przeżycie porodu.-Przerwał czekając na moją reakcję, ale ja byłam myślami zbyt daleko stąd żeby cokolwiek powiedzieć. Odetchnął ciężko i zaczął mówić:- Druga opcja jest dużo lepsza, polega ona na tym że podda się pani aborcji, cały zabieg przeprowadzony będzie w znieczuleniu ogólnym więc niczego pani nie poczuje, później wykonamy szereg szczegółowych badań, dzięki którym ustalimy co jest powodem takiej sytuacji, kiedy uda nam się wyeliminować przyczynę będzie pani mogła zajść w ciąże która nie będzie zagrożeniem dla pani życia.
Oddychałam tak płytko że zaczynało kręcić mi się w głowie. Zacisnęłam zęby żeby się nie rozpłakać, kolejny raz wszystko co zbudowałam legło w gruzach, całe moje plany, moje marzenia, moja nadzieja, teraz już tego nie było. Niczego już nie było.
Nie miałam pojęcia co przedstawiał teraz wyraz mojej twarzy, ale lekarz podszedł do mnie i usiadł na kraju biurka kładąc dłoń na moim ramieniu.
-Rozumiem że jest pani teraz w szoku i potrzebuje czasu na decyzję, niech pani wróci do domu na spokojnie porozmawia z bliskimi na ten temat i podejmie odpowiednią decyzję.
Od razu domyśliłam się co miał na myśli mówiąc odpowiednią decyzję, jednak nie docierały do mnie żadne wytyczne. Bez słowa opuściłam gabinet nawet na chwilę nie odrywając wzroku od podłogi. Opadłam na krzesło w poczekalni, nogi miałam jak z waty, a całe ciało trzęsło mi się od płaczu którego nie umiałam już zatrzymać. Może i byłam słaba, ale mogłabym przysiąc że nie znałam ani jednej osoby która w takim momencie byłaby silna. Stałam na ruinach mojego życia, wszystko w co wierzyłam, wszystko co miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie upadło w jednej chwili, przez kilka słów lekarza które w moim przypadku oznaczały wyrok. W głowie kłębiły mi się miliony myśli, każda kolejna jeszcze gorsza od poprzedniej, chciałam się tym z kimś podzielić, oddałabym wszystko żeby mieć teraz przy sobie kogoś kto pomógłby mi to wszystko poukładać. Właśnie w tym momencie zdałam sobie sprawę jak ważne jest mieć przyjaciela, kogoś kto będzie przy tobie właśnie w takiej sytuacji, kto bez słowa po prostu cię przytuli, liczyła się obecność, bo w tym momencie żadne słowa nie były w stanie na mnie wpłynąć. Na co dzień otaczało mnie wielu ludzi, ale teraz potrzebowałam kogoś kto złapałby mnie za ramiona i mocno potrząsnął zapewniając o tym że niezależnie od tego co wybiorę on ze mną będzie, i spełniłby tą obietnice. Ale ja sobie na to zasłużyłam, zasłużyłam sobie na samotność i odrzucenie, po tym jak potraktowałam ludzi którym na mnie na prawdę zależało należała mi się nauczka. Dostaje się dokładnie to co dawało się innym, ja skrzywdziłam i odrzuciłam wszystkich moich przyjaciół, za co los każe mi płacić największą karę.
Sama musiałam się z tym zmierzyć, sama musiałam zmierzyć się z najtrudniejszą decyzją mojego życia. Właściwie nie zostawał mi żaden wybór, kochałam to maleństwo najbardziej na świecie, bardziej niż siebie, bardziej niż moje życie. Uśmiechnęłam się kiedy zdałam sobie z czegoś sprawę, od samego początku ta ciąża była dla mnie największym darem, ta diagnoza niczego nie zmieniała, wręcz przeciwnie, dzięki niej dostałam kilka miesięcy na naprawienie wszystkiego co zniszczyłam.
Wpadłam do gabinetu lekarza nie zawracając sobie głowy pukaniem.
-Podjęłam decyzję -oznajmiłam przyglądając się zdziwionemu wyrazowi jego twarzy. - Proszę dać mi lekarstwa. -Starałam się nad sobą zapanować, ale byłam tak bardzo podekscytowana, że emocje brały nade mną górę.
Odłożył dokumenty które trzymał w rękach i popatrzył mi w oczy. Prawdopodobnie teraz miał mnie za chorą psychicznie, albo co najmniej mocno niestabilną uczuciowo. Ala ja miałam to gdzieś, nie chciałam tracić już ani sekundy, skoro zastało mi na tym świecie tak mało czasu musiałam spędzić go z osobami które kocham, błagając je o wybaczenie tego jak wielką egoistką byłam do tej pory.
Pokazał ręką na krzesło.
-Niech pani usiądzie i się uspokoi. Decyzje podejmowane pod wpływem impulsu często nie są właściwe, a tej konkretnej nie będzie pani mogła już odwrócić.
Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech zaciskając zęby. Nie rozumiałam dlaczego zawsze tak było, dlaczego wszyscy zawsze kwestionowali moje decyzje, zachowywali się zupełnie tak jakby lepiej znali się na moim życiu, jakby wiedzieli co jest dla mnie najlepsze pomimo tego że wcale mnie nie znali.
-Chcę te lekarstwa. Czy naprawdę tak ciężko to zrozumieć??-wykrzyczałam tracąc nad sobą panowanie.- To moje życie i moja decyzja, do pana zadań należy jedynie wypisanie głupiego świstka. Czy to na prawdę jest takie ciężkie?? Nie prosiłam o żadną psychoanalizę, ani o użalanie się nade mną, jestem dorosła i mam prawo o sobie decydować. Jasne??
Dyszałam ciężko wciąż nie mogąc do siebie dojść. Czułam jakby wszystko co robię działo się poza mną, jakbym opuściła swoje ciało i przyglądała się z boku całej tej sytuacji, nie poznawałam takiej siebie. Wiedziałam że o rzeczy które kocham jestem gotowa walczyć do końca, ale to był zupełnie nowy wymiar walki, tutaj sama dla siebie byłam wrogiem. Wszystko zależało od tego co we mnie było silniejsze, chęć życia, czy miłość do ostatniego elementu tego wszechświata który przypominał mi o tym że kiedyś byłam na prawdę szczęśliwa.
-Dobrze -powiedział lekarz dając za wygraną, wyciągnął z szuflady bloczek karteczek i położył je na biurku. -Przepiszę pani receptę, ale proszę się dwa razy zastanowić zanim weźmie pani pierwszą tabletkę.
-Dziękuję- powiedziałam ironicznie, wyrywając kartkę z jego ręki. Opuściłam gabinet tak szybko jak tylko się dało, nie chciałam słuchać kolejnych argumentów które miały mnie przekonać do zmiany decyzji, to co postanowiłam było ostateczne i nic już nie mogło tego zmienić.
Spakowanie się zajęło mi tylko kilka minut, postanowiłam wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy, nie potrzebowałam niczego co przypominało by mi ten czas, czas który straciłam będąc tak daleko od ludzi których kocham. Dziwiło mnie jedynie to jak głupia byłam do tej pory, jak mogłam wcześniej nie zauważyć czegoś co było tak oczywiste, chciałam wierzyć w to że jestem silna i niezależna, w to że sama jestem w stanie zaplanować sobie szczęście. Tymczasem nie widziałam go nawet wtedy kiedy stało kilka centymetrów ode mnie. Byłam idiotką, zwyczajną idiotką, teraz mogło być już za późno na wszystko, byłam przygotowana na to że Luke może mi tego nigdy nie wybaczyć, przecież przez ten czas mógł już sobie poukładać życie i być szczęśliwym, ale musiałam spróbować, nadzieja była wszystkim co mi zostało w obecnej sytuacji.
Większość ludzi na moim miejscu robiła by sobie wielki rachunek sumienia, zamartwiali by się jak wiele jest im odbierane, na jak wiele rzeczy zabraknie im czasu. Ja myślałam o tym zupełnie inaczej, dzięki tej diagnozie otwarły mi się oczy, zrozumiałam że byłam bliska popełnienia największego błędu w swoim życiu, miałam wyjść za kogoś, do kogo tak naprawdę nic nie czuję. Ale wszystko się zmieniło, dostałam drugą szansę którą mogę wykorzystać na naprawienie błędów i bycie naprawdę szczęśliwą, niezależnie od tego ile miało to trwać.
Nie czułam smutku czy złości, wręcz przeciwnie, czułam euforię która rozpierała mnie od środka na samą myśl o tym że za jakieś dwadzieścia cztery godziny zobaczę Luke'a, niczego nie oczekiwałam, ani nie wymagałam, wiedziałam że nie rzuci mi się na szyję z radości po tym co mu zrobiłam, ale chciałam jeszcze raz spojrzeć w jego oczy i powiedzieć mu jak bardzo go kocham. Tylko tyle, a może raczej aż tyle.
Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer do Jai'a, chciałam się z kimś podzielić tą informacją, chciałam porozmawiać z kimś kto ucieszy się z mojego powrotu, teraz potrzebowałam pewności że ktoś tam na mnie czeka, że kiedy wysiądę z samolotu będę mogła wreszcie przytulić się do mojego przyjaciela. Przez ten cały czas nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jak bardzo za nim tęskniłam, cały czas cierpiałam nie mając osoby której mogłabym o wszystkim powiedzieć, dusiłam się tłumiąc to wszystko w sobie.
-Hej Jess co tam u ciebie??- przerwał moje rozmyślania swoim jak zawsze radosnym tonem.
-Wracam -niemalże wypiszczałam, budowanie napięcia zdecydowanie nie należało do moich mocnych stron.
-Jak to wracasz?? Gdzie?? Kiedy??
-Za kilka godzin mam samolot, jeszcze przed południem będę u was- oznajmiłam. Sprawiło mi to dużo większą przyjemność niż się tego spodziewałam. Wiedziałam że przed nim nie jestem w stanie niczego ukrywać, a już na pewno nie kiedy będziemy się spotykać twarzą w twarz. Do tej pory zawsze kiedy rozmowa schodziła na złe tory po prostu się rozłączałam, teraz nie będzie takiej możliwości, ale może to właśnie lepiej, dzięki temu nie będę miała okazji żeby go okłamywać, a to była rzecz której nienawidziłam najbardziej na świecie.
-Jessica co się dzieję skąd ta nagła zmiana planów??- jego poważny ton oznaczał że nie obejdzie się bez odpowiedzi.
-Nigdy nie słyszałeś o tym że kobiety są zmienne??-starałam się obrócić całą sytuację w żart.
-Nie ściemniaj-skwitował krótko. -Jeszcze kilka dni temu nie chciałaś nawet słyszeć o powrocie, uważałaś że to tam jest twoje życie, i nagle z dnia na dzień postanawiasz wrócić?? Co się stało??
Zacisnęłam zęby, nie chciałam mówić mu o mojej diagnozie, a przynajmniej nie w ten sposób. Kiedyś musiał się o wszystkim dowiedzieć, w końcu był kimś kto znał mnie doskonale, czasami wydawało mi się że nawet lepiej niż ja samą siebie.
-To nie jest rozmowa na telefon, opowiem ci wszystko kiedy się spotkamy.
Zakończyłam rozmowę. Ostatni raz udało mi się w ten sposób uniknąć wyjaśnień, jutro miał nadejść dzień prawdy, wszyscy mieli się dowiedzieć o tym co starałam się ukrywać od kilku miesięcy. Na samą myśl o tym jak Jai zareaguje kiedy dowie się jaką decyzję podjęłam ściskało mnie w żołądku. Jak miałam mu to powiedzieć?? Jak powiedzieć komukolwiek że wybrało się taką drogę?? Jak powiedzieć że zostało mi maksymalnie pół roku życia??
Zacisnęłam powieki chcąc zatrzymać łzy. Położyłam ręce na brzuchu żeby przypomnieć sobie po co to wszystko. Nikt nie musiał tego rozumieć, ważne że ja wiedziałam że to maleństwo w moim brzuchu jest tego warte, ono jest warte każdego poświęcenia.
Jednak coś w moim życiu się zmieniło, do tej pory byłam bardziej dziecinna, uciekałam kiedy robiło się trudno, Luke wiedział o tym najlepiej. Nigdy nie umiałam rozmawiać z ludźmi, zawsze robiłam co w mojej mocy żeby ich nie ranić, dlatego zostawiałam tylko listy, to było dużo łatwiejsze niż rozmowa, i wysłuchanie tego co ktoś miał do powiedzenia. Może to kwestia tego że zawsze ulegałam, kiedy widziałam że decyzja którą podjęłam kogoś rani zmieniałam ją, nie umiałam patrzeć na ludzkie cierpienie. Byłam słaba, teraz było inaczej, tym razem nie miałam zamiaru uciekać, chciałam pierwszy raz w moim życiu stawić czoła moim lenkom. Rozmowę z Max'em zaplanowałam w każdym nawet najmniejszym szczególe, nigdy nie byłam fanką planów, ale tym razem mógł mi się on przydać. Jeśli wykonywała bym go punkt po punkcie wszystko miało pójść jak z płatka.
Kiedy usłyszałam otwierane drzwi serce we mnie zamarło, teraz chciałam uciec, chociaż nie miałam już na to szans. Stało się, decyzja została podjęta, teraz muszę zrobić to co konieczne.
-Cześć kochanie- usłyszałam radosny głos Max'a. Kiedy wszedł do salonu zastygł w bezruchu przyglądając mi się pustymi oczami. Nie był głupi, doskonale wiedział co oznaczają moje walizki. Teraz moja kolej, kolej na wytłumaczenia.
-Max musimy poważnie porozmawiać- wstałam z kanapy usiłując zachować neutralny wyraz twarzy.
-Nie -zaczął rozpaczliwie.- Proszę cię nie.
Spojrzał na mnie załzawionymi oczami, błagającymi o litość. Właśnie tego się bałam, od samego początku o to mi chodziło. Teraz czułam się winna, on nie zasłużył na takie traktowanie, był dla mnie dobry przez cały ten czas. Mało tego on był przy mnie wtedy kiedy nikogo innego nie było. Wyrzuty sumienia będą mnie męczyć już do końca, ale tak miało być. Podjęłam decyzję i musiałam się zmierzyć z jej konsekwencjami.
-Byłeś i już na zawsze pozostaniesz bardzo ważną osobą w moim życiu, pokochałeś mnie taką jaka jestem, ze wszystkimi moimi wadami, i problemami które ci sprawiałam. Dzięki tobie uwierzyłam że można mnie kochać bez żadnych warunków i wymagań, że ja naprawdę zasługuje na taką miłość. Ale ty też na to zasługujesz, zasługujesz na to żeby ktoś pokochał ciebie tak mocno jak ty pokochałeś mnie, żeby ktoś nie widział świata poza tobą. Ja nie jestem w stanie ci tego dać, nie jestem w stanie pokochać cię tak jak na to zasługujesz. -Zsunęłam z palca pierścionek zaręczynowy i położyłam na stole. - Każde z nas zasługuje na prawdziwe szczęście którego nie jesteśmy w stanie dać sobie nawzajem. Przepraszam że tak długo pozwoliłam ci wierzyć w coś co nie miało szans na przetrwanie.
Wzięłam torbę i ruszyłam w stronę drzwi, nie patrzyłam na niego, nie byłam aż na tyle silna, chciałam jak najszybciej to zakończyć i znaleźć się w samolocie. Mijając go zauważyłam jak głęboko oddychał, serce łamało mi się na drobne kawałeczki kiedy myślałam o tym co on teraz czuje, nie mogłam tego robić, nie mogłam stawiać się na jego miejscu. W momencie w którym złapałam za klamkę poczułam jak jego silne ramie oplata mnie w talii krępując ruchy, jego dłoń spoczęła na moich ustach uniemożliwiając mi wezwanie pomocy. Zaczęłam się szarpać, ale tylko mocniej przyciągnął mnie do sobie.
-Myślałaś że tak po prostu pozwolę ci odejść??- zapytał ochrypłym głosem.
Nie znałam takiego jego oblicza, i chyba wolałabym go nigdy nie poznać. Uspokoiłam się, przypomniałam sobie sytuację sprzed trzech miesięcy, kiedy dowiedział się o tym że jestem w ciąży, wtedy też zareagował agresją, ale później wróciło jego normalne oblicze, miałam nadzieję że i tym razem tak właśnie będzie.
-Przez dziewięć miesięcy cały czas się tobą opiekowałem, byłem przy tobie przez ten cały czas, znosiłem wszystko, twoje humorki, zachcianki, nawet to że nie pozwoliłaś się dotknąć. Tolerowałem to że to on jest na pierwszym miejscu, że to jego kochasz bardziej, ale nie pozwolę ci odejść, nie pozwolę ci do niego wrócić. Jesteś i będziesz już tylko moja.
Oddychałam płytko, nie mógł mi tego zrobić nie mógł zatrzymać mnie tu siłą, całe moje ciało wypełniała adrenalina, byłam gotowa do walki o swoją wolność. Zaczęłam się szarpać kiedy ruszył ze mną w stronę schodów, liczyłam na to że mój opór w końcu go złamie, że rozluźni uścisk na tyle żebym mogła się z niego wyswobodzić.
Kiedy pokonaliśmy schody zwątpiłam w to że cokolwiek uda mi się jeszcze zrobić, policzki zrobiły mi się mokre od łez, nie chciałam żeby to tak się skończyło, Max nie miał pojęcia o tym że jestem chora, nie miał pojęcia o tym że powinnam brać lekarstwa. A bez nich ani ja, ani moja mała kruszynka nie mieliśmy szans na przeżycie. Nie mogłam pozwolić na to żeby to wszystko skończyło się właśnie w ten sposób.
Udało mi się wymierzyć mu łokciem cios w brzuch, puścił mnie zwijając się z bólu. Od schodów dzieliły mnie cztery kroki, zdążyłam wykonać dwa zanim poczułam jak jego dłonie z miażdżącą siłą zacisnęły się na moich ramionach. Podniósł mnie i wrzucił do sypialni zamykając za sobą drzwi, zaczęłam bić w nie pięściami i kopać z całej siły. Wreszcie bezsilna usiadłam na podłodze, dławiąc się własnymi łzami.
-Wypuść mnie błagam-wyszlochałam.
-Nie ma mowy- odpowiedział ostro. -Nie wyjdziesz stąd dopóki nie zmądrzejesz.
Zakryłam twarz dłońmi usiłując się uspokoić. Co teraz?? Przecież musiało być jakieś wyjście, nie mogłam tutaj zostać, to była kwestia życia albo śmierci, a w takiej sytuacji nie przyjmuje się pod uwagę przegranej. Z tylnej kieszeni jeansów wyciągnęłam przedmiot który uwierał mnie już od dłuższego czasu. Spojrzałam na książeczkę, i podziękowałam Bogu w myślach. Zawsze przed wylotem trzymałam paszport i bilet na samolot przy sobie, ze względy na to że lubiłam zapominać niektórych rzeczy. To oznaczało że bez problemu mogłam polecieć do Los Angeles, wystarczyło jedynie dostać się na lotnisko. Podbiegłam do okna i otworzyłam je, nasza sypialnia znajdowała się na pierwszym piętrze, pokonywałam już dużo trudniejsze zadania, co z tego że wtedy nie byłam w ciąży, musiałam sobie poradzić. Ściągnęłam prześcieradło z łóżka i przywiązałam je do jego nogi, nie wyglądało to zbyt bezpiecznie, ale musiało mi wystarczyć. Stanęłam na parapecie i powoli zaczęłam schodzić na dół trzymając Się prześcieradła. Kiedy moje stopy dotknęły ziemi uznałam że mam dziś szczęście. Ogromne szczęście.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Oto i nowy rozdział, wiem długo to trwało ale studiowanie ssie XD
A tak serio proszę o komentarze kochani bo to bardzo motywuje
Kocham was ;*
Jess
Właśnie dlatego bardzo często kiedy zostawałam sama w domu opowiadałam mojemu maleństwu o jego prawdziwym ojcu, zdawałam sobie sprawę z tego że kiedy podrośnie to do Max'a będzie mówiło tato, i to było najgorsze, świadomość że nie tylko ja będę żyła w kłamstwie, ale skazuje też na to swoje dziecko. Cały czas tłumaczę sobie że robię to dla jego dobra, ale czy można kłamać dla czyjegoś dobra. Kłamstwo i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw, a wtedy zostanie już tylko złość. Takich rzeczy się po prostu nie wybacza.
Dlatego starałam się nie myśleć o przyszłości, całe moje plany wykraczały maksymalnie kilka miesięcy w przód. Jak na przykład te o naszym ślubie który miał się odbyć już za szesnaście dni, można powiedzieć że wszystko było dopięte już na ostatni guzik menu, tort, dekoracje, a nawet maja suknia którą trzeba było dopasować do moich nowych gabarytów. Max był perfekcjonistą do tego stopnia że wszystko musiało grać jak w zegarku, nie było mowy o żadnym odstępstwie od wcześniej ustalonego planu. To była kolejna jego cecha której nienawidziłam, ja wolałam iść na żywioł, podejmować decyzje pod wpływem impulsu, niż planować każdy szczegół z kilku miesięcznym wyprzedzeniem. Ale może to właśnie dobrze, teraz kiedy spodziewałam się dziecka potrzebowałam kogoś ustatkowanego, kogoś kto poukłada za mnie moje życie, nie ważne że wbrew temu w co wierzyłam, potrzebowałam stabilizacji.
Byłam do tego stopnia pogrążona w myślach, że nawet nie zauważyłam kiedy do gabinetu wszedł lekarz, ocknęłam się dopiero kiedy usiadł na przeciwko mnie kładąc na biurku teczkę z moim nazwiskiem. Była to trzecia wizyta kontrolna, na której miałam odebrać wyniki badań zrobionych dwa tygodnie temu. Nie denerwowałam się, w ostatnim czasie czułam się coraz lepiej, dolegliwości z pierwszych dwóch miesięcy minęły, teraz mogłam cieszyć się idealnym spokojem czekając na moją upragnioną kruszynkę. Przynajmniej w teorii tak właśnie było.
Mężczyzna odetchnął ciężko przeglądając wyniki starałam się odczytać coś z wyrazu jego twarzy, ale dwie poprzeczne zmarszczki na jego czole nie wiele mi mówiły.
-Obawiam się że nie będę miał dla pani dobrych wiadomości. -Podniósł wzrok spoglądając na mnie, podparł brodę na rękach bacznie obserwując moją reakcję. Odruchowo przyłożyłam dłonie do brzucha, jego słowa mogły oznaczać tylko jedno, coś złego stało się z moim maleństwem. Zaczęłam szybciej oddychać, starałam się nie dramatyzować, ale w mojej głowie pojawiały się tylko najczarniejsze scenariusze, straciłam już wszystko na czym mi w życiu zależała, nie mogłam stracić mojego dziecka. To byłby koniec, koniec wszystkiego.
-Co to oznacza??-zapytałam, ale słowa z trudnością przechodziły mi przez gardło.
Lekarz jeszcze raz spojrzał na kartki leżące przed nim, teraz żałowałam że nie mogę rozszyfrować tego co na nich pisze, chciałam wiedzieć na czym stoję, chciałam wiedzieć co się dzieje że robi on z tego przede mną taką tajemnice.
-Ma pani złe wyniki, można powiedzieć że bardzo złe.
Wstrzymałam oddech. Nie dramatyzuj, tylko nie dramatyzuj, starałam się przekonać samą siebie że to nic takiego, że jego słowa nie koniecznie muszą oznaczać wyrok.
-Czy to oznacza że... -nie miałam siły żeby dokończyć zdanie, ale to było chyba na tyle jasne że nie musiałam tego wyjaśniać. Przybrał łagodniejszy wyraz twarzy, wydawało mi się że był nawet bliski tego żeby się uśmiechnąć.
-Nie, pani dziecko żyje i jest zdrowe.
Ulga jaką poczułam była niesamowita, wydawało mi się że ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Byłam tak szczęśliwa że dopiero po dłuższej chwili odezwał się mój rozsądek. Skoro z moim dzieckiem wszystko było w porządku jakie złe wiadomości miał mi do przekazania.
-Problem leży zupełnie gdzie indziej, pani organizm bardzo źle znosi tą ciążę, nie do końca wiem dlaczego, ale traktuje on dziecko jako rodzaj choroby, na którą produkuje przeciwciała, które z kolei zamiast atakować ciało dziecka zabijają panią od środka.
Wbiłam pusty wzrok w blat stołu, nie rozumiałam ani jednego słowa które wypowiadał mężczyzna. A właściwie to je rozumiałam, ale mój mózg szukał w nich ukrytego znaczenia, czegoś co wytłumaczyło by mi co się w ogóle ze mną dzieje.
-Pierwszy raz w mojej karierze spotykam się z takim przypadkiem, więc skonsultowałem się z najlepszymi lekarzami w kraju i ustaliliśmy że mas pani teraz dwie możliwości.
Zakaszlał chcąc przykuć tym moją uwagę, spojrzałam na niego, ale od razu tego pożałowałam, jego zatroskana twarz i współczucie niemal lejące się z jego oczu oznaczały kolejne złe informacje. W środku krzyczałam i z całej siły zaprzeczałam, ale na zewnątrz nie poruszyłam nawet małym palcem, nie mogłam sobie pozwolić na coś takiego. Nauczyłam się tego już bardzo dawno temu, za żadne skarby świata nie mogłam pokazywać moich słabości, bo nigdy nie wiedziałam kto mógł mnie obserwować i wykorzystać to w najmniej odpowiednim momencie.
-W zasadzie nie powinienem dawać pani wyboru, ponieważ etyka lekarska wymaga ode mnie tego żebym działał dla pani dobra, nawet wbrew pani woli, ale uważam że tak ważne decyzje każdy z nas powinien podejmować samodzielnie. Pierwsza możliwość jest gorsza, przynajmniej moim zdaniem, polega ona na tym że teraz przepiszę pani leki, dzięki którym przeciwciała nie dostaną się do ciała dziecka, dzięki temu będzie pani mogła donosić tę ciążę. Jednak wiąże się to z wielkim ryzykiem, nie mogę zapewnić pani tego że przeciwciała nie zabiją pani przed końcem tej ciąży, a nawet jeżeli uda nam się doprowadzić ją do końca nie ma pani szans na przeżycie porodu.-Przerwał czekając na moją reakcję, ale ja byłam myślami zbyt daleko stąd żeby cokolwiek powiedzieć. Odetchnął ciężko i zaczął mówić:- Druga opcja jest dużo lepsza, polega ona na tym że podda się pani aborcji, cały zabieg przeprowadzony będzie w znieczuleniu ogólnym więc niczego pani nie poczuje, później wykonamy szereg szczegółowych badań, dzięki którym ustalimy co jest powodem takiej sytuacji, kiedy uda nam się wyeliminować przyczynę będzie pani mogła zajść w ciąże która nie będzie zagrożeniem dla pani życia.
Oddychałam tak płytko że zaczynało kręcić mi się w głowie. Zacisnęłam zęby żeby się nie rozpłakać, kolejny raz wszystko co zbudowałam legło w gruzach, całe moje plany, moje marzenia, moja nadzieja, teraz już tego nie było. Niczego już nie było.
Nie miałam pojęcia co przedstawiał teraz wyraz mojej twarzy, ale lekarz podszedł do mnie i usiadł na kraju biurka kładąc dłoń na moim ramieniu.
-Rozumiem że jest pani teraz w szoku i potrzebuje czasu na decyzję, niech pani wróci do domu na spokojnie porozmawia z bliskimi na ten temat i podejmie odpowiednią decyzję.
Od razu domyśliłam się co miał na myśli mówiąc odpowiednią decyzję, jednak nie docierały do mnie żadne wytyczne. Bez słowa opuściłam gabinet nawet na chwilę nie odrywając wzroku od podłogi. Opadłam na krzesło w poczekalni, nogi miałam jak z waty, a całe ciało trzęsło mi się od płaczu którego nie umiałam już zatrzymać. Może i byłam słaba, ale mogłabym przysiąc że nie znałam ani jednej osoby która w takim momencie byłaby silna. Stałam na ruinach mojego życia, wszystko w co wierzyłam, wszystko co miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie upadło w jednej chwili, przez kilka słów lekarza które w moim przypadku oznaczały wyrok. W głowie kłębiły mi się miliony myśli, każda kolejna jeszcze gorsza od poprzedniej, chciałam się tym z kimś podzielić, oddałabym wszystko żeby mieć teraz przy sobie kogoś kto pomógłby mi to wszystko poukładać. Właśnie w tym momencie zdałam sobie sprawę jak ważne jest mieć przyjaciela, kogoś kto będzie przy tobie właśnie w takiej sytuacji, kto bez słowa po prostu cię przytuli, liczyła się obecność, bo w tym momencie żadne słowa nie były w stanie na mnie wpłynąć. Na co dzień otaczało mnie wielu ludzi, ale teraz potrzebowałam kogoś kto złapałby mnie za ramiona i mocno potrząsnął zapewniając o tym że niezależnie od tego co wybiorę on ze mną będzie, i spełniłby tą obietnice. Ale ja sobie na to zasłużyłam, zasłużyłam sobie na samotność i odrzucenie, po tym jak potraktowałam ludzi którym na mnie na prawdę zależało należała mi się nauczka. Dostaje się dokładnie to co dawało się innym, ja skrzywdziłam i odrzuciłam wszystkich moich przyjaciół, za co los każe mi płacić największą karę.
Sama musiałam się z tym zmierzyć, sama musiałam zmierzyć się z najtrudniejszą decyzją mojego życia. Właściwie nie zostawał mi żaden wybór, kochałam to maleństwo najbardziej na świecie, bardziej niż siebie, bardziej niż moje życie. Uśmiechnęłam się kiedy zdałam sobie z czegoś sprawę, od samego początku ta ciąża była dla mnie największym darem, ta diagnoza niczego nie zmieniała, wręcz przeciwnie, dzięki niej dostałam kilka miesięcy na naprawienie wszystkiego co zniszczyłam.
Wpadłam do gabinetu lekarza nie zawracając sobie głowy pukaniem.
-Podjęłam decyzję -oznajmiłam przyglądając się zdziwionemu wyrazowi jego twarzy. - Proszę dać mi lekarstwa. -Starałam się nad sobą zapanować, ale byłam tak bardzo podekscytowana, że emocje brały nade mną górę.
Odłożył dokumenty które trzymał w rękach i popatrzył mi w oczy. Prawdopodobnie teraz miał mnie za chorą psychicznie, albo co najmniej mocno niestabilną uczuciowo. Ala ja miałam to gdzieś, nie chciałam tracić już ani sekundy, skoro zastało mi na tym świecie tak mało czasu musiałam spędzić go z osobami które kocham, błagając je o wybaczenie tego jak wielką egoistką byłam do tej pory.
Pokazał ręką na krzesło.
-Niech pani usiądzie i się uspokoi. Decyzje podejmowane pod wpływem impulsu często nie są właściwe, a tej konkretnej nie będzie pani mogła już odwrócić.
Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech zaciskając zęby. Nie rozumiałam dlaczego zawsze tak było, dlaczego wszyscy zawsze kwestionowali moje decyzje, zachowywali się zupełnie tak jakby lepiej znali się na moim życiu, jakby wiedzieli co jest dla mnie najlepsze pomimo tego że wcale mnie nie znali.
-Chcę te lekarstwa. Czy naprawdę tak ciężko to zrozumieć??-wykrzyczałam tracąc nad sobą panowanie.- To moje życie i moja decyzja, do pana zadań należy jedynie wypisanie głupiego świstka. Czy to na prawdę jest takie ciężkie?? Nie prosiłam o żadną psychoanalizę, ani o użalanie się nade mną, jestem dorosła i mam prawo o sobie decydować. Jasne??
Dyszałam ciężko wciąż nie mogąc do siebie dojść. Czułam jakby wszystko co robię działo się poza mną, jakbym opuściła swoje ciało i przyglądała się z boku całej tej sytuacji, nie poznawałam takiej siebie. Wiedziałam że o rzeczy które kocham jestem gotowa walczyć do końca, ale to był zupełnie nowy wymiar walki, tutaj sama dla siebie byłam wrogiem. Wszystko zależało od tego co we mnie było silniejsze, chęć życia, czy miłość do ostatniego elementu tego wszechświata który przypominał mi o tym że kiedyś byłam na prawdę szczęśliwa.
-Dobrze -powiedział lekarz dając za wygraną, wyciągnął z szuflady bloczek karteczek i położył je na biurku. -Przepiszę pani receptę, ale proszę się dwa razy zastanowić zanim weźmie pani pierwszą tabletkę.
-Dziękuję- powiedziałam ironicznie, wyrywając kartkę z jego ręki. Opuściłam gabinet tak szybko jak tylko się dało, nie chciałam słuchać kolejnych argumentów które miały mnie przekonać do zmiany decyzji, to co postanowiłam było ostateczne i nic już nie mogło tego zmienić.
Spakowanie się zajęło mi tylko kilka minut, postanowiłam wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy, nie potrzebowałam niczego co przypominało by mi ten czas, czas który straciłam będąc tak daleko od ludzi których kocham. Dziwiło mnie jedynie to jak głupia byłam do tej pory, jak mogłam wcześniej nie zauważyć czegoś co było tak oczywiste, chciałam wierzyć w to że jestem silna i niezależna, w to że sama jestem w stanie zaplanować sobie szczęście. Tymczasem nie widziałam go nawet wtedy kiedy stało kilka centymetrów ode mnie. Byłam idiotką, zwyczajną idiotką, teraz mogło być już za późno na wszystko, byłam przygotowana na to że Luke może mi tego nigdy nie wybaczyć, przecież przez ten czas mógł już sobie poukładać życie i być szczęśliwym, ale musiałam spróbować, nadzieja była wszystkim co mi zostało w obecnej sytuacji.
Większość ludzi na moim miejscu robiła by sobie wielki rachunek sumienia, zamartwiali by się jak wiele jest im odbierane, na jak wiele rzeczy zabraknie im czasu. Ja myślałam o tym zupełnie inaczej, dzięki tej diagnozie otwarły mi się oczy, zrozumiałam że byłam bliska popełnienia największego błędu w swoim życiu, miałam wyjść za kogoś, do kogo tak naprawdę nic nie czuję. Ale wszystko się zmieniło, dostałam drugą szansę którą mogę wykorzystać na naprawienie błędów i bycie naprawdę szczęśliwą, niezależnie od tego ile miało to trwać.
Nie czułam smutku czy złości, wręcz przeciwnie, czułam euforię która rozpierała mnie od środka na samą myśl o tym że za jakieś dwadzieścia cztery godziny zobaczę Luke'a, niczego nie oczekiwałam, ani nie wymagałam, wiedziałam że nie rzuci mi się na szyję z radości po tym co mu zrobiłam, ale chciałam jeszcze raz spojrzeć w jego oczy i powiedzieć mu jak bardzo go kocham. Tylko tyle, a może raczej aż tyle.
Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer do Jai'a, chciałam się z kimś podzielić tą informacją, chciałam porozmawiać z kimś kto ucieszy się z mojego powrotu, teraz potrzebowałam pewności że ktoś tam na mnie czeka, że kiedy wysiądę z samolotu będę mogła wreszcie przytulić się do mojego przyjaciela. Przez ten cały czas nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jak bardzo za nim tęskniłam, cały czas cierpiałam nie mając osoby której mogłabym o wszystkim powiedzieć, dusiłam się tłumiąc to wszystko w sobie.
-Hej Jess co tam u ciebie??- przerwał moje rozmyślania swoim jak zawsze radosnym tonem.
-Wracam -niemalże wypiszczałam, budowanie napięcia zdecydowanie nie należało do moich mocnych stron.
-Jak to wracasz?? Gdzie?? Kiedy??
-Za kilka godzin mam samolot, jeszcze przed południem będę u was- oznajmiłam. Sprawiło mi to dużo większą przyjemność niż się tego spodziewałam. Wiedziałam że przed nim nie jestem w stanie niczego ukrywać, a już na pewno nie kiedy będziemy się spotykać twarzą w twarz. Do tej pory zawsze kiedy rozmowa schodziła na złe tory po prostu się rozłączałam, teraz nie będzie takiej możliwości, ale może to właśnie lepiej, dzięki temu nie będę miała okazji żeby go okłamywać, a to była rzecz której nienawidziłam najbardziej na świecie.
-Jessica co się dzieję skąd ta nagła zmiana planów??- jego poważny ton oznaczał że nie obejdzie się bez odpowiedzi.
-Nigdy nie słyszałeś o tym że kobiety są zmienne??-starałam się obrócić całą sytuację w żart.
-Nie ściemniaj-skwitował krótko. -Jeszcze kilka dni temu nie chciałaś nawet słyszeć o powrocie, uważałaś że to tam jest twoje życie, i nagle z dnia na dzień postanawiasz wrócić?? Co się stało??
Zacisnęłam zęby, nie chciałam mówić mu o mojej diagnozie, a przynajmniej nie w ten sposób. Kiedyś musiał się o wszystkim dowiedzieć, w końcu był kimś kto znał mnie doskonale, czasami wydawało mi się że nawet lepiej niż ja samą siebie.
-To nie jest rozmowa na telefon, opowiem ci wszystko kiedy się spotkamy.
Zakończyłam rozmowę. Ostatni raz udało mi się w ten sposób uniknąć wyjaśnień, jutro miał nadejść dzień prawdy, wszyscy mieli się dowiedzieć o tym co starałam się ukrywać od kilku miesięcy. Na samą myśl o tym jak Jai zareaguje kiedy dowie się jaką decyzję podjęłam ściskało mnie w żołądku. Jak miałam mu to powiedzieć?? Jak powiedzieć komukolwiek że wybrało się taką drogę?? Jak powiedzieć że zostało mi maksymalnie pół roku życia??
Zacisnęłam powieki chcąc zatrzymać łzy. Położyłam ręce na brzuchu żeby przypomnieć sobie po co to wszystko. Nikt nie musiał tego rozumieć, ważne że ja wiedziałam że to maleństwo w moim brzuchu jest tego warte, ono jest warte każdego poświęcenia.
Jednak coś w moim życiu się zmieniło, do tej pory byłam bardziej dziecinna, uciekałam kiedy robiło się trudno, Luke wiedział o tym najlepiej. Nigdy nie umiałam rozmawiać z ludźmi, zawsze robiłam co w mojej mocy żeby ich nie ranić, dlatego zostawiałam tylko listy, to było dużo łatwiejsze niż rozmowa, i wysłuchanie tego co ktoś miał do powiedzenia. Może to kwestia tego że zawsze ulegałam, kiedy widziałam że decyzja którą podjęłam kogoś rani zmieniałam ją, nie umiałam patrzeć na ludzkie cierpienie. Byłam słaba, teraz było inaczej, tym razem nie miałam zamiaru uciekać, chciałam pierwszy raz w moim życiu stawić czoła moim lenkom. Rozmowę z Max'em zaplanowałam w każdym nawet najmniejszym szczególe, nigdy nie byłam fanką planów, ale tym razem mógł mi się on przydać. Jeśli wykonywała bym go punkt po punkcie wszystko miało pójść jak z płatka.
Kiedy usłyszałam otwierane drzwi serce we mnie zamarło, teraz chciałam uciec, chociaż nie miałam już na to szans. Stało się, decyzja została podjęta, teraz muszę zrobić to co konieczne.
-Cześć kochanie- usłyszałam radosny głos Max'a. Kiedy wszedł do salonu zastygł w bezruchu przyglądając mi się pustymi oczami. Nie był głupi, doskonale wiedział co oznaczają moje walizki. Teraz moja kolej, kolej na wytłumaczenia.
-Max musimy poważnie porozmawiać- wstałam z kanapy usiłując zachować neutralny wyraz twarzy.
-Nie -zaczął rozpaczliwie.- Proszę cię nie.
Spojrzał na mnie załzawionymi oczami, błagającymi o litość. Właśnie tego się bałam, od samego początku o to mi chodziło. Teraz czułam się winna, on nie zasłużył na takie traktowanie, był dla mnie dobry przez cały ten czas. Mało tego on był przy mnie wtedy kiedy nikogo innego nie było. Wyrzuty sumienia będą mnie męczyć już do końca, ale tak miało być. Podjęłam decyzję i musiałam się zmierzyć z jej konsekwencjami.
-Byłeś i już na zawsze pozostaniesz bardzo ważną osobą w moim życiu, pokochałeś mnie taką jaka jestem, ze wszystkimi moimi wadami, i problemami które ci sprawiałam. Dzięki tobie uwierzyłam że można mnie kochać bez żadnych warunków i wymagań, że ja naprawdę zasługuje na taką miłość. Ale ty też na to zasługujesz, zasługujesz na to żeby ktoś pokochał ciebie tak mocno jak ty pokochałeś mnie, żeby ktoś nie widział świata poza tobą. Ja nie jestem w stanie ci tego dać, nie jestem w stanie pokochać cię tak jak na to zasługujesz. -Zsunęłam z palca pierścionek zaręczynowy i położyłam na stole. - Każde z nas zasługuje na prawdziwe szczęście którego nie jesteśmy w stanie dać sobie nawzajem. Przepraszam że tak długo pozwoliłam ci wierzyć w coś co nie miało szans na przetrwanie.
Wzięłam torbę i ruszyłam w stronę drzwi, nie patrzyłam na niego, nie byłam aż na tyle silna, chciałam jak najszybciej to zakończyć i znaleźć się w samolocie. Mijając go zauważyłam jak głęboko oddychał, serce łamało mi się na drobne kawałeczki kiedy myślałam o tym co on teraz czuje, nie mogłam tego robić, nie mogłam stawiać się na jego miejscu. W momencie w którym złapałam za klamkę poczułam jak jego silne ramie oplata mnie w talii krępując ruchy, jego dłoń spoczęła na moich ustach uniemożliwiając mi wezwanie pomocy. Zaczęłam się szarpać, ale tylko mocniej przyciągnął mnie do sobie.
-Myślałaś że tak po prostu pozwolę ci odejść??- zapytał ochrypłym głosem.
Nie znałam takiego jego oblicza, i chyba wolałabym go nigdy nie poznać. Uspokoiłam się, przypomniałam sobie sytuację sprzed trzech miesięcy, kiedy dowiedział się o tym że jestem w ciąży, wtedy też zareagował agresją, ale później wróciło jego normalne oblicze, miałam nadzieję że i tym razem tak właśnie będzie.
-Przez dziewięć miesięcy cały czas się tobą opiekowałem, byłem przy tobie przez ten cały czas, znosiłem wszystko, twoje humorki, zachcianki, nawet to że nie pozwoliłaś się dotknąć. Tolerowałem to że to on jest na pierwszym miejscu, że to jego kochasz bardziej, ale nie pozwolę ci odejść, nie pozwolę ci do niego wrócić. Jesteś i będziesz już tylko moja.
Oddychałam płytko, nie mógł mi tego zrobić nie mógł zatrzymać mnie tu siłą, całe moje ciało wypełniała adrenalina, byłam gotowa do walki o swoją wolność. Zaczęłam się szarpać kiedy ruszył ze mną w stronę schodów, liczyłam na to że mój opór w końcu go złamie, że rozluźni uścisk na tyle żebym mogła się z niego wyswobodzić.
Kiedy pokonaliśmy schody zwątpiłam w to że cokolwiek uda mi się jeszcze zrobić, policzki zrobiły mi się mokre od łez, nie chciałam żeby to tak się skończyło, Max nie miał pojęcia o tym że jestem chora, nie miał pojęcia o tym że powinnam brać lekarstwa. A bez nich ani ja, ani moja mała kruszynka nie mieliśmy szans na przeżycie. Nie mogłam pozwolić na to żeby to wszystko skończyło się właśnie w ten sposób.
Udało mi się wymierzyć mu łokciem cios w brzuch, puścił mnie zwijając się z bólu. Od schodów dzieliły mnie cztery kroki, zdążyłam wykonać dwa zanim poczułam jak jego dłonie z miażdżącą siłą zacisnęły się na moich ramionach. Podniósł mnie i wrzucił do sypialni zamykając za sobą drzwi, zaczęłam bić w nie pięściami i kopać z całej siły. Wreszcie bezsilna usiadłam na podłodze, dławiąc się własnymi łzami.
-Wypuść mnie błagam-wyszlochałam.
-Nie ma mowy- odpowiedział ostro. -Nie wyjdziesz stąd dopóki nie zmądrzejesz.
Zakryłam twarz dłońmi usiłując się uspokoić. Co teraz?? Przecież musiało być jakieś wyjście, nie mogłam tutaj zostać, to była kwestia życia albo śmierci, a w takiej sytuacji nie przyjmuje się pod uwagę przegranej. Z tylnej kieszeni jeansów wyciągnęłam przedmiot który uwierał mnie już od dłuższego czasu. Spojrzałam na książeczkę, i podziękowałam Bogu w myślach. Zawsze przed wylotem trzymałam paszport i bilet na samolot przy sobie, ze względy na to że lubiłam zapominać niektórych rzeczy. To oznaczało że bez problemu mogłam polecieć do Los Angeles, wystarczyło jedynie dostać się na lotnisko. Podbiegłam do okna i otworzyłam je, nasza sypialnia znajdowała się na pierwszym piętrze, pokonywałam już dużo trudniejsze zadania, co z tego że wtedy nie byłam w ciąży, musiałam sobie poradzić. Ściągnęłam prześcieradło z łóżka i przywiązałam je do jego nogi, nie wyglądało to zbyt bezpiecznie, ale musiało mi wystarczyć. Stanęłam na parapecie i powoli zaczęłam schodzić na dół trzymając Się prześcieradła. Kiedy moje stopy dotknęły ziemi uznałam że mam dziś szczęście. Ogromne szczęście.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Oto i nowy rozdział, wiem długo to trwało ale studiowanie ssie XD
A tak serio proszę o komentarze kochani bo to bardzo motywuje
Kocham was ;*
Jess
niedziela, 11 października 2015
Rozdział 40
Luke zrobił dokładnie tak jak obiecał, cztery tygodnie temu zniknął z mojego życia, teoretycznie wszystko powinno wrócić do normy, ale wcale tak nie było. Jego nagłe pojawienie się, coś mi uświadomiło, coś czego teraz nie byłam w stanie zagłuszyć. Przez ten cały czas łudziłam się że jeżeli uwierzę w to że mogę być szczęśliwa bez niego to na prawdę tak będzie. Nic bardziej mylnego. Potrzebowałam go bardziej niż się tego do tej pory spodziewałam, byłam od niego uzależniona prawie tak jak on od narkotyków, prawie bo on potrafił się z tym uporać, potrafił stawić czoła swoim słabościom, ja tego nie potrafiłam. Nie umiałam tak po prostu przestać o nim myśleć, przestać myśleć o kolorze jego oczu który zmieniał się w zależności od jego nastroju, o zniewalającym uśmiechu za który byłam w stanie oddać wszystko i kojącym dotyku dzięki któremu dużo łatwiej było mi uwierzyć że wszystko pójdzie po naszej myśli.
On sam nie pomagał mi w zapominaniu, dzień po naszym pożegnaniu w skrzynce na listy znalazłam plik kluczy i karteczkę z informacją że wszystko czego dorobił się w Australii teraz należy do mnie. Na początku postanowiłam że nie będę z tego korzystać, przebywanie w miejscu w którym i on kiedyś był nie mogło przynieść niczego dobrego. Jednak z biegiem czasu coraz częściej zaczynałam łapać się na tym że chciałabym usiąść za kierownicą jego samochodu, że chciałabym używać jego broni. Tak na prawdę sama nie wiem dlaczego tak było, przecież to i tak nie mogło niczego zmienić, używanie jego rzeczy nie mogło sprawić że będę bliżej niego, ale te pragnienia wreszcie stały się na tyle silne że nie umiałam się im oprzeć. Od tamtej pory wtedy kiedy najbardziej mi go brakowało jechałam tam i kładłam się w łóżku przesyconym jego zapachem, w tym samym łóżku w którym spędziliśmy ostatnią wspólną noc, wspomnienia tego jak bardzo byłam wtedy szczęśliwa może i były bolesne, ale sprawiały że wciąż tliła się we mnie nadzieja że to jeszcze nie koniec, że nasza historia wciąż trwa, tylko chwilowo jest troszeczkę inaczej niż powinno być. Nie umiałam uwierzyć w to, że to było nasze definitywne pożegnanie, to co było między nami było wciąż żywe, a to oznaczało iż prędzej czy później któreś z nas ulegnie temu przyciąganiu i złamie zasady, miałam nadzieję że tak jest, że on teraz tęskni za mną tak mocno jak ja za nim i wciąż wspomina nasze ostatnie spotkanie. Tak na prawdę nie brałam pod uwagę innej opcji, nie mógł o mnie zapomnieć, w końcu nie zapomina się o czymś co jest sensem naszego życia.
Wjechałam do magazynu, gdzie jak zawsze wszyscy już na mnie czekali, nie mogłam nic poradzić na to że zawsze wybierałam najbardziej okrężną drogę żeby jak najwięcej czasu spędzać tylko w swoim własnym towarzystwie, ostatnio coraz bardziej lubiłam być sama, denerwowało mnie to że wszyscy okazywali się być ekspertami od mojego życia. Każdy dawał mi niezawodne porady, ale nikt nie zapytał o to jak się teraz czułam, w zasadzie miałam za swoje, przez cały czas właśnie do tego dążyłam, chciałam żeby nie liczyli się z moimi uczuciami, więc spełniali moją prośbę.
Wysiadłam z samochodu i ruszyłam w stronę ekipy, musiałam im pogratulować, dzisiaj nareszcie dobrze się spisali, wygraliśmy trzy wyścigi i zarobiliśmy jakieś pięćdziesiąt tysięcy. Nareszcie wszystko wracało do normy, po tym jak spotkałam się z Luke'iem, a później przejęłam wszystko co do niego należało nadwyrężyłam zaufanie moich ludzi. Sprzedałam im bajeczkę że ten po którego pojechaliśmy nakrył mnie w swoim magazynie, ale byłam na tyle szybka że udało mi się go zabić, fakty na szczęście się zgadzały, nikt go nie widział od tamtej pory więc równie dobrze mógł być martwy, niż ukrywać się na drugim końcu świata. Jednak nie wszyscy mi wierzyli, w szczególności Jake wątpił w to że sama byłam w stanie poradzić sobie z kimś na kogo wszyscy polowaliśmy od dłuższego czasu. Ale jego niedowierzanie nie było moją sprawą, przynajmniej dopóki nie wpływało to na nasze relacje służbowe. Miał się mnie słuchać , i na tym kończyła się dyskusja.
Poczułam że wszystko zamazuje mi się przed oczami, aż obraz rozmył się w niewyraźną plamę, moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa, usiadłam na masce samochodu biorąc serię głębokich wdechów. W ostatnim czasie takie sytuacje były u mnie na porządku dziennym, przemęczenie i brak snu dawały mi się nieźle we znaki. Do tej pory myślałam że jestem niezniszczalna i mogę prowadzić swoje podwójne życie bez żadnych konsekwencji, całe dnie spędzałam z Max'em na planowaniu naszego ślubu, a nocami startowałam w wyścigach, jednak moje ciało postanowiło sprowadzić mnie na ziemię i pokazać że na dłuższą metę nie da się prowadzić takiego trybu życia.
Ktoś złapał mnie za ramię, podniosłam oczy i skrzywiłam się widząc zmartwioną twarz Savann'y, nie potrzebowałam ich litości, a tym bardziej nie potrzebowałam tego żeby widzieli mnie w takim stanie.
-Musimy porozmawiać- stwierdziła i pociągnęła mnie za sobą do jednego z pokoi. Zamknęła drzwi upewniając się że nikt za nami nie szedł. Przez cały czas mierzyłam ją podejrzliwym wzrokiem, nie miałam pojęcia o co mogło jej chodzić, a rozmowy w tajemnicy przed resztą nigdy nie oznaczały niczego dobrego.
-O co chodzi??- spytałam zniecierpliwiona, jakoś nie specjalnie spieszyła się z wyjaśnieniami.
Zawroty głowy już minęły więc nie miałam czasu na zabawę, chciałam wrócić do domu zanim Max się obudzi, dzięki temu uniknęłabym jego zawiedzionego spojrzenia, którego tak nienawidziłam. Zawsze kiedy udawało mu się nakryć mnie na tym że nie spałam obok niego przez całą noc patrzył na mnie tak jakbym zrobiła mu właśnie najgorszą krzywdę na świecie. Właśnie w tym momencie od środka zżerało mnie poczucie winy, zdradziłam go i obiecałam sobie że on nigdy się o tym nie dowie, uznałam że tak będzie lepiej, skoro miałam tym oszczędzić mu bólu to było warto przeżywać momenty nienawiści do samej siebie kiedy tylko na mnie spojrzał. Wyrzuty sumienia nie pozwalały mi patrzeć na nasz związek tak samo jak kiedyś, teraz wszystko było inne, całe moje życie było inne, a to wszystko za sprawą tylko jednego jedynego człowieka, jednej nocy, i jednej rozmowy.
-Oni są facetami, i nie widzą tego co się dzieje, ale ja nie jestem ślepa. -Stanęła przede mną i popatrzyła mi w oczy. Pocierała nerwowo ręce, wydawała się być zmieszana całą tą sytuacją. A to już było dziwne, bo w końcu sama chciała ze mną rozmawiać. Wreszcie wzięła głęboki oddech i kontynuowała: -Wiem że jesteś w ciąży, przede mną nie musisz tego ukrywać.
Byłam pewna że szczęka odbiła mi się od ziemi z wrażenia. Przez chwile przyglądałam się jej bez słowa, potrzebowałam czasu na przetworzenie informacji które docierały do mnie z niemałym opóźnieniem. Ja i ciąża?? To przecież było tak niedorzeczne że aż śmieszne, nie mogła wymyślić nic bardziej nieprawdopodobnego, najwyraźniej miała za dużo wolnego czasu skoro zamiast skupić się na robocie, albo przynajmniej na swoim życiu, wtrącała się do mojego. Koniecznie musiałam to ukrócić w moim zespole nie było miejsca na głupie plotki, a już na pewno nie na takie które mogłyby zaszkodzić mojej pozycji.
Podeszłam do drzwi, nie mogąc powstrzymać się od ironicznego śmiechu.
-Nie bądź żałosna, nie jestem w żadnej ciąży, a to że ostatnio trochę gorzej się czuję to kwestia przemęczenia, wystarczy że zostanę dwie noce w domu i porządnie odpocznę. -Stanęłam w drzwiach teatralnie stukając paznokciami o futrynę.- A teraz pozwól że zajmę się swoim życiem, i tobie radzę to samo.
Pożegnałam się z resztą i wsiadłam do samochodu. Musiałam stąd odjechać jak najszybciej i jak najdalej, czułam jakbym się dusiła, jakby na mojej szyi coraz mocniej zaciskał się drut kolczasty. Miałam problemy ze złapaniem oddechu, a oczy same wypełniły mi się łzami, nie miałam pojęcia dlaczego tak reaguje, przecież nic wielkiego się nie stało, ot co koleżanka podejrzewa że jestem w ciąży, to nic takiego, normalna ludzka rzecz, każdy ma prawo popełnić błąd. Biorąc pod uwagę że ona nie ma pojęcia co łączy mnie z Max'em, nie ma pojęcia o tym że nigdy ze sobą nie spaliśmy więc nie było nawet mowy o żadnej ciąży. Chyba że... Nagle do mojej głowy napłynęły miliony myśli, co gorsza wszystkie układały się w jedną logiczną całość. Do tej pory nie miałam na tyle czasu żeby to przemyśleć ale fakty były jasne, moje ostatnie spotkanie z Luke'iem miało miejsce dokładnie cztery tygodnie temu, okres spóźniał mi się od dwóch, myślałam że to kwestia przemęczenia i stresu, a co jeśli nie??
Usłyszałam dźwięk klaksonu i zobaczyłam światła samochodu jadącego wprost na mnie, moja reakcja była odruchowa skręciłam ostro kierownicę i wylądowałam na poboczu w tłumanach kurzu. Oddychałam głęboko kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy, wciąż byłam skołowana, ale bardziej tym z czego właśnie zdałam sobie sprawę, niż tym że kilka sekund dzieliło mnie od śmierci. Przyłożyłam rękę do brzucha. Czy to w ogóle możliwe?? Czy ja na prawdę mogę nosić w sobie jego dziecko?? Uśmiechnęłam się sama do siebie, ta myśl była piękna, przede wszystkim dlatego że obudziła we mnie nadzieję o której już dawno zapomniałam. Miałam gdzieś konsekwencje które musiałabym ponieść jeśli to okazało by się prawdą, chciałam tego, chciałam problemów i komplikacji w życiu, tylko niech chociaż ten jeden raz się nie mylę. Musiałam mieć pewność.
Wróciłam na jezdnie i po dziesięciu minutach zaparkowałam samochód przed apteką. Na wszelki wypadek wzięłam aż trzy testy ciążowe, tak żeby nie było szans na żadną pomyłkę, nie mogłam sobie na nią pozwolić, nie mogłam sobie pozwolić na złudną nadzieję. Teraz w moim życiu mogły mieć miejsce tylko dwa scenariusze, albo miałabym wszystko, albo nie miałabym nic, pomiędzy tym nie było niczego.
Zaparkowałam na podjeździe przed domem, Max nie mógł się dowiedzieć o tym że najprawdopodobniej jestem w ciąży, więc wchodząc do domu schowałam moje zakupy za plecami, może nie była to najlepsza kryjówka, ale zawsze lepsze to niż paradowanie z testami ciążowymi w dłoni. Na palcach przeszłam przez salon i weszłam po schodach na górę. Weszłam do sypialni, ale na łóżku nie było nikogo, zamiast tego na stoliku nocnym leżał liścik:
''Wyszedłem po coś na śniadanie, mam nadzieję że kiedy wrócę będziesz już na mnie czekać.''
Odetchnęłam z ulgą, przynajmniej miałam wystarczająco czasu żeby poskładać myśli i wymyślić jakieś logiczne wytłumaczenie mojej kolejnej nocnej nieobecności.
Czekając na wynik zaczęłam obgryzać paznokcie, nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, zazwyczaj radziłam sobie ze stresem w zupełnie inny sposób. Właściwie to nie była jedyna rzecz której wcześniej nie robiłam, w ostatnim czasie w ogóle nie poznawałam samej siebie. Najprawdopodobniej było to najdłuższe kilka minut mojego życia, wykorzystałam je na przeanalizowanie wszystkich możliwych scenariuszy, jednak najbardziej martwił mnie jeden. Zastanawiałam się czy jeżeli naprawdę okazało by się że jestem w ciąży miałabym prawo znowu niszczyć życie Luke'a. Czy to że miałam nosić w sobie jego dziecko cokolwiek zmieniało?? Teoretycznie miał prawo dowiedzieć się że zostanie ojcem, ale ja nie chciałam żeby był ze mną z litości, ostatnim razem dobitnie pokazał mi co sądzi o naszym związku, zostawił mnie samą pomimo tego że widział jak bardzo go potrzebuje. Ja nie miałam prawa zmuszać go do tego żeby tworzył ze mną i z naszym dzieckiem szczęśliwą rodzinkę. A może właśnie lepiej mu będzie beze mnie, teraz kiedy rzucił narkotyki, i wreszcie pozbył się tego co ciągnęło go w dół świat stał przed nim otworem, był niesamowitym zdolnym i mądrym mężczyzną, który mógł osiągnąć wszystko, ja nie chciałam być dla niego ciężarem, nie chciałam być kulą u nogi która przeszkadzała by mu w spełnianiu marzeń. Co jeśli on chciał innego życia, nigdy nie rozmawialiśmy o tym czy chciałby zakładać rodzinę, zawsze byliśmy tylko we dwoje, nie miałam prawa podejmować decyzji bez niego.
Spojrzałam na test i zacisnęłam mocno powieki, nie chciałam płakać a pomimo to łzy spłynęły po moich policzkach. A jednak to była prawda, trzymałam w ręce dowód na to że ja i Luke jesteśmy już na zawsze ze sobą połączeni, niezależnie od naszej woli. Byłam szczęśliwa, pierwszy raz od czterech tygodni byłam naprawdę szczęśliwa. Nie miałam pojęcia co się teraz ze mną stanie, ani co powinnam zrobić w tej sytuacji, ale jedno było pewne, od teraz już nigdy nie miałam być sama, w moim życiu za kilka miesięcy miał się pojawić ktoś dla kogo już teraz byłam w stanie zrobić wszystko.
Musiałam z kimś porozmawiać, czułam że inaczej zwariuję, najprawdopodobniej właśnie przeżywałam najpiękniejszy moment mojego życia, a nie miałam z kim go dzielić. Trzęsącymi się rękami wybrałam numer do Jai'a, tylko na niego mogłam liczyć, jak zawsze mój przyjaciel był jedyną osobą do której mogłam zwrócić się zawsze i ze wszystkim.
Odebrał po trzecim sygnale.
-Cześć Jess, mam nadzieję że masz dobry powód żeby dzwonić do mnie o drugiej w nocy.
Cholera zupełnie zapomniałam o tym że on jest na drugim końcu świata.
-Przepraszam że cię obudziłam, ale muszę ci coś powiedzieć, właściwie muszę się po prostu tym z kimś podzielić, a ty jesteś jedyną osobę której ufam.
-Nie martw się nie obudziłaś mnie jesteśmy na wyścigach.
No tak to tłumaczyło by hałas na który dopiero teraz zwróciłam uwagę. Przez nagłą myśl która przyszła mi do głowy cała zesztywniałam.
-Jesteście?? Czy to znaczy że Luke jest teraz przy tobie?? -zagryzłam wargę czekając na odpowiedź, jeżeli on dowiedział by się o tym że cały czas kontaktuje się z Jai'em na pewno nie byłby zadowolony.
-Można tak powiedzieć, ale nie musisz się martwić jest na tyle zajęty że na pewno nie zorientuje się że rozmawiamy.
Zajęty... chyba aż za dobrze znałam znaczenie tego słowa, zrobiło mi się niedobrze jak tylko o tym pomyślałam, miał prawo do własnego życia i swoich decyzji, ale mimo wszystko strasznie mnie to bolało. Wciąż czułam się zdradzana pomimo tego że nie byliśmy już razem, w jednym momencie straciłam całą odwagę, nie mogłam powiedzieć o niczym Jai'owi, może i był w stanie ukrywać przed bratem to że ciągle się kontaktujemy, ale moja ciąża zdecydowanie komplikowała sprawę, dużo lepiej będzie jeżeli nikt się o tym nie dowie.
-To co takiego chciałaś mi powiedzieć??- kiedy usłyszałam jego radosny ton straciłam już resztki wątpliwości, zostałam z tym wszystkim zupełnie sama.
-Już nic Jai- starałam się zachować neutralny ton głosu, ale szarpały mną tak skrajne emocje że nie byłam w stanie nad tym zapanować.-Już nic -wypowiedziałam na w pół szeptem i się rozłączyłam. To było łatwiejsze niż wytłumaczenie mu dlaczego zrezygnowałam z powiedzenia mu prawdy.
-Jess jesteś już??-usłyszałam głos Max'a. Dlaczego nie mogłam mieć nawet chwili na to żeby jakoś sobie to wszystko poukładać. Teraz potrzebowałam spokoju, a tymczasem dostałam największy bałagan mojego życia. Nie miałam czasu na wymyślanie planu, wzięłam test do ręki i zeszłam na dół. Stanęłam w drzwiach kuchni patrząc jak Max kręci się rozpakowując zakupy.
-No to na co masz ochotę??-zapytał z uśmiechem, ale mi było daleko od dobrego humoru.
-Musimy porozmawiać -rzuciłam i ruszyłam w stronę salonu. Miałam nadzieję że za mną pójdzie, chciałam mu o wszystkim powiedzieć, im szybciej to zrobię tym lepiej, to do niego należała decyzja co teraz zrobi z naszym związkiem i byłam z tego powodu bardzo zadowolona, miałam dość podejmowania decyzji które później i tak obracały się przeciwko mnie.
Usiadłam na kanapie wbijając wzrok w splątane dłonie w których trzymałam mimo wszystko najlepszą informację mojego życia. Usiadł na fotelu na przeciwko mnie przyglądając mi się zmartwionym wzrokiem, przyłożył dłoń do mojego policzka usiłując zwrócić moją uwagę na swoją osobę.
-Coś się stało kochanie??-zacisnęłam zęby słysząc ton jego głosu. Starałam się robić wszystko tak żeby go nie zranić, ale teraz dotarłam do granicy w której wyjdą na jaw wszystkie moje kłamstwa i występki. Mogłabym zrobić tak samo jak zrobiłam z Luke'iem, uciec bez żadnego wytłumaczenia i już więcej nie wrócić, ale teraz byłam inna, wydoroślałam i zrozumiałam że każdy zasługuje na szczerą rozmowę, nie ważne jak bardzo bolesną.
-Nie, a właściwie to tak- nie chciałam nadmiernie przedłużać jego niepewności, z doświadczenia wiem że takie momenty wzmagają tylko wyobraźnię która nasuwa najgorsze scenariusze. Wyciągnęłam rękę i podałam mu test, nie chciałam patrzeć na jego reakcję więc wbiłam wzrok w podłogę.
-Czy...?? Czy to oznacza to co myślę??
Pokiwałam tylko głową potwierdzając jego przypuszczenia. Wstał i zaczął nerwowo przemierzać pokój w tę i z powrotem. Zupełnie nic nie mówił, a ja nie wiedziałam co o tym myśleć, wolałabym żeby krzyczał żeby się na mnie złościł, żeby jakkolwiek wyraził to co teraz czuje, zamiast tego mogłam się tylko domyślać co dzieje się teraz w jego głowie.
-To jego dziecko prawda?? -wycedził przez zęby.
Kolejny raz jedyne na co było mnie stać to pokiwanie głową. Uderzył pięścią w ścianę tak mocno że byłam pewna że coś sobie złamał. Czułam jego ból, prawie słyszałam jak łamało mu się serce, nie chciałam tego, nie chciałam żeby cierpiał, ale wiedziałam że muszę poczekać aż się uspokoi, siedziałam na kanapie i oddychałam głęboko. Czułam się okropnie, wyrzuty sumienia ściskały mi żołądek, a oczy same wypełniły się łzami.
-Dlaczego mi to zrobiłaś?? -zaczął spokojnie odwracając się w moją stronę. Ja nie miałam wystarczająco odwagi żeby na niego spojrzeć, poza tym nie znałam odpowiedzi na jego pytanie , sama sobie nie umiałam odpowiedzieć na pytanie dlaczego. -No mów dlaczego?? -podniósł głos. -Czy chociaż raz cię skrzywdziłem?? Czy chociaż raz cię zawiodłem?? Doprowadziłem do płaczu?? Nie. Więc dlaczego?? Może dlatego że cały czas przy tobie byłem, dlatego że wspierałem cię na każdym kroku i przymykałem oko na to że każdej nocy się gdzieś szlajasz?? A może dlatego że ci zaufałem?? Co?? To jest właśnie w tym najlepsze prawda?? Skoro ci zaufałem zabawa była lepsza??
-To nie tak - zaczęłam niepewnie. Bałam się takiego jego oblicza, nigdy wcześniej nie widziałam w jego oczach takiej furii, nie było w nich nic znajomego, zupełnie jakbym patrzyła na kompletnie obcą osobę.
-A więc jak??- krzyknął łapiąc mnie za brodę i zmuszając do tego żebym na niego spojrzała. Chciałam się wyrwać ale trzymał mnie za mocno. -Dlaczego do cholery mnie z nim zdradziłaś??
Prawie zgrzytał zębami a ja byłam tak zrozpaczona że łzy spłynęły mi po policzkach. Zebrałam w sobie resztki sił i szarpnęłam się tak mocno że udało mi się wyswobodzić. Zdążyłam zrobić zaledwie dwa kroki zanim znowu mnie złapał, mogłam to przewidzieć, ale moje impulsywne działanie zazwyczaj kończyło się tak beznadziejnymi planami. Przyparł mnie do ściany i złapał za nadgarstki, czułam na szyi jego przyśpieszony oddech, przez chwile stał w zupełnym bezruchu, a ja nie wiedziałam czego mogę się po nim spodziewać w takiej sytuacji.
-Przepraszam- wyszeptał wreszcie. Zrozumiałam że niebezpieczeństwo minęło i odetchnęłam z ulgą, należało mi się takie traktowanie z jego strony, ale wiedziałam że mam ustalone pewne granice których nikt nie może przekraczać. On na razie ich nie przekroczył.
-Przepraszam że tak mnie poniosło, ale to tylko i wyłącznie dlatego że tak bardzo cię kocham- puścił moje nadgarstki i przyłożył dłonie do moich policzków. Niechętnie spojrzałam mu w oczy i od razu tego pożałowałam skrucha jaka się w nich malowała łamała mi serce, on na prawdę mnie kochał a ja robiłam mu takie świństwa. Byłam egoistką, pieprzoną egoistką.
-Nie chcę cię stracić- odetchnął głośno i pocałował mnie w czoło. -Jeżeli mi na to pozwolisz obiecuję że zaopiekuję się tobą i twoim dzieckiem, będę je kochał tak jak swoje, tak mocno jak kocham ciebie, tylko powiedz że ze mną zostaniesz.
Byłam zupełnie zmieszana, jeszcze trzydzieści sekund temu byłam pewna że nienawidzi mnie za to że zrobiłam mu takie świństwo, a teraz chce być ojcem dla nie swojego dziecka. To nie było normalne, i to w żadnym stopniu. A może to właśnie jest rozwiązanie?? Może o to właśnie w tym wszystkim chodzi, dzięki temu nie musiałabym niszczyć życia Luke'a, a moje dziecko miałoby kochającego ojca, nie chciałam się nad tym za długo zastanawiać, bo dotarłoby do mnie że to nie jest właściwe zachowanie. A chciałam uwierzyć że takie jest, chciałam zapomnieć o wszystkim i mieć na uwadze tylko to żeby moje maleństwo było szczęśliwe, a dla niego ta opcja była najlepsza.
-Dobrze niech będzie tak jak chcesz -odpowiedziałam starając się zapomnieć o tym jak bardzo łamie mi to serce.
On sam nie pomagał mi w zapominaniu, dzień po naszym pożegnaniu w skrzynce na listy znalazłam plik kluczy i karteczkę z informacją że wszystko czego dorobił się w Australii teraz należy do mnie. Na początku postanowiłam że nie będę z tego korzystać, przebywanie w miejscu w którym i on kiedyś był nie mogło przynieść niczego dobrego. Jednak z biegiem czasu coraz częściej zaczynałam łapać się na tym że chciałabym usiąść za kierownicą jego samochodu, że chciałabym używać jego broni. Tak na prawdę sama nie wiem dlaczego tak było, przecież to i tak nie mogło niczego zmienić, używanie jego rzeczy nie mogło sprawić że będę bliżej niego, ale te pragnienia wreszcie stały się na tyle silne że nie umiałam się im oprzeć. Od tamtej pory wtedy kiedy najbardziej mi go brakowało jechałam tam i kładłam się w łóżku przesyconym jego zapachem, w tym samym łóżku w którym spędziliśmy ostatnią wspólną noc, wspomnienia tego jak bardzo byłam wtedy szczęśliwa może i były bolesne, ale sprawiały że wciąż tliła się we mnie nadzieja że to jeszcze nie koniec, że nasza historia wciąż trwa, tylko chwilowo jest troszeczkę inaczej niż powinno być. Nie umiałam uwierzyć w to, że to było nasze definitywne pożegnanie, to co było między nami było wciąż żywe, a to oznaczało iż prędzej czy później któreś z nas ulegnie temu przyciąganiu i złamie zasady, miałam nadzieję że tak jest, że on teraz tęskni za mną tak mocno jak ja za nim i wciąż wspomina nasze ostatnie spotkanie. Tak na prawdę nie brałam pod uwagę innej opcji, nie mógł o mnie zapomnieć, w końcu nie zapomina się o czymś co jest sensem naszego życia.
Wjechałam do magazynu, gdzie jak zawsze wszyscy już na mnie czekali, nie mogłam nic poradzić na to że zawsze wybierałam najbardziej okrężną drogę żeby jak najwięcej czasu spędzać tylko w swoim własnym towarzystwie, ostatnio coraz bardziej lubiłam być sama, denerwowało mnie to że wszyscy okazywali się być ekspertami od mojego życia. Każdy dawał mi niezawodne porady, ale nikt nie zapytał o to jak się teraz czułam, w zasadzie miałam za swoje, przez cały czas właśnie do tego dążyłam, chciałam żeby nie liczyli się z moimi uczuciami, więc spełniali moją prośbę.
Wysiadłam z samochodu i ruszyłam w stronę ekipy, musiałam im pogratulować, dzisiaj nareszcie dobrze się spisali, wygraliśmy trzy wyścigi i zarobiliśmy jakieś pięćdziesiąt tysięcy. Nareszcie wszystko wracało do normy, po tym jak spotkałam się z Luke'iem, a później przejęłam wszystko co do niego należało nadwyrężyłam zaufanie moich ludzi. Sprzedałam im bajeczkę że ten po którego pojechaliśmy nakrył mnie w swoim magazynie, ale byłam na tyle szybka że udało mi się go zabić, fakty na szczęście się zgadzały, nikt go nie widział od tamtej pory więc równie dobrze mógł być martwy, niż ukrywać się na drugim końcu świata. Jednak nie wszyscy mi wierzyli, w szczególności Jake wątpił w to że sama byłam w stanie poradzić sobie z kimś na kogo wszyscy polowaliśmy od dłuższego czasu. Ale jego niedowierzanie nie było moją sprawą, przynajmniej dopóki nie wpływało to na nasze relacje służbowe. Miał się mnie słuchać , i na tym kończyła się dyskusja.
Poczułam że wszystko zamazuje mi się przed oczami, aż obraz rozmył się w niewyraźną plamę, moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa, usiadłam na masce samochodu biorąc serię głębokich wdechów. W ostatnim czasie takie sytuacje były u mnie na porządku dziennym, przemęczenie i brak snu dawały mi się nieźle we znaki. Do tej pory myślałam że jestem niezniszczalna i mogę prowadzić swoje podwójne życie bez żadnych konsekwencji, całe dnie spędzałam z Max'em na planowaniu naszego ślubu, a nocami startowałam w wyścigach, jednak moje ciało postanowiło sprowadzić mnie na ziemię i pokazać że na dłuższą metę nie da się prowadzić takiego trybu życia.
Ktoś złapał mnie za ramię, podniosłam oczy i skrzywiłam się widząc zmartwioną twarz Savann'y, nie potrzebowałam ich litości, a tym bardziej nie potrzebowałam tego żeby widzieli mnie w takim stanie.
-Musimy porozmawiać- stwierdziła i pociągnęła mnie za sobą do jednego z pokoi. Zamknęła drzwi upewniając się że nikt za nami nie szedł. Przez cały czas mierzyłam ją podejrzliwym wzrokiem, nie miałam pojęcia o co mogło jej chodzić, a rozmowy w tajemnicy przed resztą nigdy nie oznaczały niczego dobrego.
-O co chodzi??- spytałam zniecierpliwiona, jakoś nie specjalnie spieszyła się z wyjaśnieniami.
Zawroty głowy już minęły więc nie miałam czasu na zabawę, chciałam wrócić do domu zanim Max się obudzi, dzięki temu uniknęłabym jego zawiedzionego spojrzenia, którego tak nienawidziłam. Zawsze kiedy udawało mu się nakryć mnie na tym że nie spałam obok niego przez całą noc patrzył na mnie tak jakbym zrobiła mu właśnie najgorszą krzywdę na świecie. Właśnie w tym momencie od środka zżerało mnie poczucie winy, zdradziłam go i obiecałam sobie że on nigdy się o tym nie dowie, uznałam że tak będzie lepiej, skoro miałam tym oszczędzić mu bólu to było warto przeżywać momenty nienawiści do samej siebie kiedy tylko na mnie spojrzał. Wyrzuty sumienia nie pozwalały mi patrzeć na nasz związek tak samo jak kiedyś, teraz wszystko było inne, całe moje życie było inne, a to wszystko za sprawą tylko jednego jedynego człowieka, jednej nocy, i jednej rozmowy.
-Oni są facetami, i nie widzą tego co się dzieje, ale ja nie jestem ślepa. -Stanęła przede mną i popatrzyła mi w oczy. Pocierała nerwowo ręce, wydawała się być zmieszana całą tą sytuacją. A to już było dziwne, bo w końcu sama chciała ze mną rozmawiać. Wreszcie wzięła głęboki oddech i kontynuowała: -Wiem że jesteś w ciąży, przede mną nie musisz tego ukrywać.
Byłam pewna że szczęka odbiła mi się od ziemi z wrażenia. Przez chwile przyglądałam się jej bez słowa, potrzebowałam czasu na przetworzenie informacji które docierały do mnie z niemałym opóźnieniem. Ja i ciąża?? To przecież było tak niedorzeczne że aż śmieszne, nie mogła wymyślić nic bardziej nieprawdopodobnego, najwyraźniej miała za dużo wolnego czasu skoro zamiast skupić się na robocie, albo przynajmniej na swoim życiu, wtrącała się do mojego. Koniecznie musiałam to ukrócić w moim zespole nie było miejsca na głupie plotki, a już na pewno nie na takie które mogłyby zaszkodzić mojej pozycji.
Podeszłam do drzwi, nie mogąc powstrzymać się od ironicznego śmiechu.
-Nie bądź żałosna, nie jestem w żadnej ciąży, a to że ostatnio trochę gorzej się czuję to kwestia przemęczenia, wystarczy że zostanę dwie noce w domu i porządnie odpocznę. -Stanęłam w drzwiach teatralnie stukając paznokciami o futrynę.- A teraz pozwól że zajmę się swoim życiem, i tobie radzę to samo.
Pożegnałam się z resztą i wsiadłam do samochodu. Musiałam stąd odjechać jak najszybciej i jak najdalej, czułam jakbym się dusiła, jakby na mojej szyi coraz mocniej zaciskał się drut kolczasty. Miałam problemy ze złapaniem oddechu, a oczy same wypełniły mi się łzami, nie miałam pojęcia dlaczego tak reaguje, przecież nic wielkiego się nie stało, ot co koleżanka podejrzewa że jestem w ciąży, to nic takiego, normalna ludzka rzecz, każdy ma prawo popełnić błąd. Biorąc pod uwagę że ona nie ma pojęcia co łączy mnie z Max'em, nie ma pojęcia o tym że nigdy ze sobą nie spaliśmy więc nie było nawet mowy o żadnej ciąży. Chyba że... Nagle do mojej głowy napłynęły miliony myśli, co gorsza wszystkie układały się w jedną logiczną całość. Do tej pory nie miałam na tyle czasu żeby to przemyśleć ale fakty były jasne, moje ostatnie spotkanie z Luke'iem miało miejsce dokładnie cztery tygodnie temu, okres spóźniał mi się od dwóch, myślałam że to kwestia przemęczenia i stresu, a co jeśli nie??
Usłyszałam dźwięk klaksonu i zobaczyłam światła samochodu jadącego wprost na mnie, moja reakcja była odruchowa skręciłam ostro kierownicę i wylądowałam na poboczu w tłumanach kurzu. Oddychałam głęboko kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy, wciąż byłam skołowana, ale bardziej tym z czego właśnie zdałam sobie sprawę, niż tym że kilka sekund dzieliło mnie od śmierci. Przyłożyłam rękę do brzucha. Czy to w ogóle możliwe?? Czy ja na prawdę mogę nosić w sobie jego dziecko?? Uśmiechnęłam się sama do siebie, ta myśl była piękna, przede wszystkim dlatego że obudziła we mnie nadzieję o której już dawno zapomniałam. Miałam gdzieś konsekwencje które musiałabym ponieść jeśli to okazało by się prawdą, chciałam tego, chciałam problemów i komplikacji w życiu, tylko niech chociaż ten jeden raz się nie mylę. Musiałam mieć pewność.
Wróciłam na jezdnie i po dziesięciu minutach zaparkowałam samochód przed apteką. Na wszelki wypadek wzięłam aż trzy testy ciążowe, tak żeby nie było szans na żadną pomyłkę, nie mogłam sobie na nią pozwolić, nie mogłam sobie pozwolić na złudną nadzieję. Teraz w moim życiu mogły mieć miejsce tylko dwa scenariusze, albo miałabym wszystko, albo nie miałabym nic, pomiędzy tym nie było niczego.
Zaparkowałam na podjeździe przed domem, Max nie mógł się dowiedzieć o tym że najprawdopodobniej jestem w ciąży, więc wchodząc do domu schowałam moje zakupy za plecami, może nie była to najlepsza kryjówka, ale zawsze lepsze to niż paradowanie z testami ciążowymi w dłoni. Na palcach przeszłam przez salon i weszłam po schodach na górę. Weszłam do sypialni, ale na łóżku nie było nikogo, zamiast tego na stoliku nocnym leżał liścik:
''Wyszedłem po coś na śniadanie, mam nadzieję że kiedy wrócę będziesz już na mnie czekać.''
Odetchnęłam z ulgą, przynajmniej miałam wystarczająco czasu żeby poskładać myśli i wymyślić jakieś logiczne wytłumaczenie mojej kolejnej nocnej nieobecności.
Czekając na wynik zaczęłam obgryzać paznokcie, nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, zazwyczaj radziłam sobie ze stresem w zupełnie inny sposób. Właściwie to nie była jedyna rzecz której wcześniej nie robiłam, w ostatnim czasie w ogóle nie poznawałam samej siebie. Najprawdopodobniej było to najdłuższe kilka minut mojego życia, wykorzystałam je na przeanalizowanie wszystkich możliwych scenariuszy, jednak najbardziej martwił mnie jeden. Zastanawiałam się czy jeżeli naprawdę okazało by się że jestem w ciąży miałabym prawo znowu niszczyć życie Luke'a. Czy to że miałam nosić w sobie jego dziecko cokolwiek zmieniało?? Teoretycznie miał prawo dowiedzieć się że zostanie ojcem, ale ja nie chciałam żeby był ze mną z litości, ostatnim razem dobitnie pokazał mi co sądzi o naszym związku, zostawił mnie samą pomimo tego że widział jak bardzo go potrzebuje. Ja nie miałam prawa zmuszać go do tego żeby tworzył ze mną i z naszym dzieckiem szczęśliwą rodzinkę. A może właśnie lepiej mu będzie beze mnie, teraz kiedy rzucił narkotyki, i wreszcie pozbył się tego co ciągnęło go w dół świat stał przed nim otworem, był niesamowitym zdolnym i mądrym mężczyzną, który mógł osiągnąć wszystko, ja nie chciałam być dla niego ciężarem, nie chciałam być kulą u nogi która przeszkadzała by mu w spełnianiu marzeń. Co jeśli on chciał innego życia, nigdy nie rozmawialiśmy o tym czy chciałby zakładać rodzinę, zawsze byliśmy tylko we dwoje, nie miałam prawa podejmować decyzji bez niego.
Spojrzałam na test i zacisnęłam mocno powieki, nie chciałam płakać a pomimo to łzy spłynęły po moich policzkach. A jednak to była prawda, trzymałam w ręce dowód na to że ja i Luke jesteśmy już na zawsze ze sobą połączeni, niezależnie od naszej woli. Byłam szczęśliwa, pierwszy raz od czterech tygodni byłam naprawdę szczęśliwa. Nie miałam pojęcia co się teraz ze mną stanie, ani co powinnam zrobić w tej sytuacji, ale jedno było pewne, od teraz już nigdy nie miałam być sama, w moim życiu za kilka miesięcy miał się pojawić ktoś dla kogo już teraz byłam w stanie zrobić wszystko.
Musiałam z kimś porozmawiać, czułam że inaczej zwariuję, najprawdopodobniej właśnie przeżywałam najpiękniejszy moment mojego życia, a nie miałam z kim go dzielić. Trzęsącymi się rękami wybrałam numer do Jai'a, tylko na niego mogłam liczyć, jak zawsze mój przyjaciel był jedyną osobą do której mogłam zwrócić się zawsze i ze wszystkim.
Odebrał po trzecim sygnale.
-Cześć Jess, mam nadzieję że masz dobry powód żeby dzwonić do mnie o drugiej w nocy.
Cholera zupełnie zapomniałam o tym że on jest na drugim końcu świata.
-Przepraszam że cię obudziłam, ale muszę ci coś powiedzieć, właściwie muszę się po prostu tym z kimś podzielić, a ty jesteś jedyną osobę której ufam.
-Nie martw się nie obudziłaś mnie jesteśmy na wyścigach.
No tak to tłumaczyło by hałas na który dopiero teraz zwróciłam uwagę. Przez nagłą myśl która przyszła mi do głowy cała zesztywniałam.
-Jesteście?? Czy to znaczy że Luke jest teraz przy tobie?? -zagryzłam wargę czekając na odpowiedź, jeżeli on dowiedział by się o tym że cały czas kontaktuje się z Jai'em na pewno nie byłby zadowolony.
-Można tak powiedzieć, ale nie musisz się martwić jest na tyle zajęty że na pewno nie zorientuje się że rozmawiamy.
Zajęty... chyba aż za dobrze znałam znaczenie tego słowa, zrobiło mi się niedobrze jak tylko o tym pomyślałam, miał prawo do własnego życia i swoich decyzji, ale mimo wszystko strasznie mnie to bolało. Wciąż czułam się zdradzana pomimo tego że nie byliśmy już razem, w jednym momencie straciłam całą odwagę, nie mogłam powiedzieć o niczym Jai'owi, może i był w stanie ukrywać przed bratem to że ciągle się kontaktujemy, ale moja ciąża zdecydowanie komplikowała sprawę, dużo lepiej będzie jeżeli nikt się o tym nie dowie.
-To co takiego chciałaś mi powiedzieć??- kiedy usłyszałam jego radosny ton straciłam już resztki wątpliwości, zostałam z tym wszystkim zupełnie sama.
-Już nic Jai- starałam się zachować neutralny ton głosu, ale szarpały mną tak skrajne emocje że nie byłam w stanie nad tym zapanować.-Już nic -wypowiedziałam na w pół szeptem i się rozłączyłam. To było łatwiejsze niż wytłumaczenie mu dlaczego zrezygnowałam z powiedzenia mu prawdy.
-Jess jesteś już??-usłyszałam głos Max'a. Dlaczego nie mogłam mieć nawet chwili na to żeby jakoś sobie to wszystko poukładać. Teraz potrzebowałam spokoju, a tymczasem dostałam największy bałagan mojego życia. Nie miałam czasu na wymyślanie planu, wzięłam test do ręki i zeszłam na dół. Stanęłam w drzwiach kuchni patrząc jak Max kręci się rozpakowując zakupy.
-No to na co masz ochotę??-zapytał z uśmiechem, ale mi było daleko od dobrego humoru.
-Musimy porozmawiać -rzuciłam i ruszyłam w stronę salonu. Miałam nadzieję że za mną pójdzie, chciałam mu o wszystkim powiedzieć, im szybciej to zrobię tym lepiej, to do niego należała decyzja co teraz zrobi z naszym związkiem i byłam z tego powodu bardzo zadowolona, miałam dość podejmowania decyzji które później i tak obracały się przeciwko mnie.
Usiadłam na kanapie wbijając wzrok w splątane dłonie w których trzymałam mimo wszystko najlepszą informację mojego życia. Usiadł na fotelu na przeciwko mnie przyglądając mi się zmartwionym wzrokiem, przyłożył dłoń do mojego policzka usiłując zwrócić moją uwagę na swoją osobę.
-Coś się stało kochanie??-zacisnęłam zęby słysząc ton jego głosu. Starałam się robić wszystko tak żeby go nie zranić, ale teraz dotarłam do granicy w której wyjdą na jaw wszystkie moje kłamstwa i występki. Mogłabym zrobić tak samo jak zrobiłam z Luke'iem, uciec bez żadnego wytłumaczenia i już więcej nie wrócić, ale teraz byłam inna, wydoroślałam i zrozumiałam że każdy zasługuje na szczerą rozmowę, nie ważne jak bardzo bolesną.
-Nie, a właściwie to tak- nie chciałam nadmiernie przedłużać jego niepewności, z doświadczenia wiem że takie momenty wzmagają tylko wyobraźnię która nasuwa najgorsze scenariusze. Wyciągnęłam rękę i podałam mu test, nie chciałam patrzeć na jego reakcję więc wbiłam wzrok w podłogę.
-Czy...?? Czy to oznacza to co myślę??
Pokiwałam tylko głową potwierdzając jego przypuszczenia. Wstał i zaczął nerwowo przemierzać pokój w tę i z powrotem. Zupełnie nic nie mówił, a ja nie wiedziałam co o tym myśleć, wolałabym żeby krzyczał żeby się na mnie złościł, żeby jakkolwiek wyraził to co teraz czuje, zamiast tego mogłam się tylko domyślać co dzieje się teraz w jego głowie.
-To jego dziecko prawda?? -wycedził przez zęby.
Kolejny raz jedyne na co było mnie stać to pokiwanie głową. Uderzył pięścią w ścianę tak mocno że byłam pewna że coś sobie złamał. Czułam jego ból, prawie słyszałam jak łamało mu się serce, nie chciałam tego, nie chciałam żeby cierpiał, ale wiedziałam że muszę poczekać aż się uspokoi, siedziałam na kanapie i oddychałam głęboko. Czułam się okropnie, wyrzuty sumienia ściskały mi żołądek, a oczy same wypełniły się łzami.
-Dlaczego mi to zrobiłaś?? -zaczął spokojnie odwracając się w moją stronę. Ja nie miałam wystarczająco odwagi żeby na niego spojrzeć, poza tym nie znałam odpowiedzi na jego pytanie , sama sobie nie umiałam odpowiedzieć na pytanie dlaczego. -No mów dlaczego?? -podniósł głos. -Czy chociaż raz cię skrzywdziłem?? Czy chociaż raz cię zawiodłem?? Doprowadziłem do płaczu?? Nie. Więc dlaczego?? Może dlatego że cały czas przy tobie byłem, dlatego że wspierałem cię na każdym kroku i przymykałem oko na to że każdej nocy się gdzieś szlajasz?? A może dlatego że ci zaufałem?? Co?? To jest właśnie w tym najlepsze prawda?? Skoro ci zaufałem zabawa była lepsza??
-To nie tak - zaczęłam niepewnie. Bałam się takiego jego oblicza, nigdy wcześniej nie widziałam w jego oczach takiej furii, nie było w nich nic znajomego, zupełnie jakbym patrzyła na kompletnie obcą osobę.
-A więc jak??- krzyknął łapiąc mnie za brodę i zmuszając do tego żebym na niego spojrzała. Chciałam się wyrwać ale trzymał mnie za mocno. -Dlaczego do cholery mnie z nim zdradziłaś??
Prawie zgrzytał zębami a ja byłam tak zrozpaczona że łzy spłynęły mi po policzkach. Zebrałam w sobie resztki sił i szarpnęłam się tak mocno że udało mi się wyswobodzić. Zdążyłam zrobić zaledwie dwa kroki zanim znowu mnie złapał, mogłam to przewidzieć, ale moje impulsywne działanie zazwyczaj kończyło się tak beznadziejnymi planami. Przyparł mnie do ściany i złapał za nadgarstki, czułam na szyi jego przyśpieszony oddech, przez chwile stał w zupełnym bezruchu, a ja nie wiedziałam czego mogę się po nim spodziewać w takiej sytuacji.
-Przepraszam- wyszeptał wreszcie. Zrozumiałam że niebezpieczeństwo minęło i odetchnęłam z ulgą, należało mi się takie traktowanie z jego strony, ale wiedziałam że mam ustalone pewne granice których nikt nie może przekraczać. On na razie ich nie przekroczył.
-Przepraszam że tak mnie poniosło, ale to tylko i wyłącznie dlatego że tak bardzo cię kocham- puścił moje nadgarstki i przyłożył dłonie do moich policzków. Niechętnie spojrzałam mu w oczy i od razu tego pożałowałam skrucha jaka się w nich malowała łamała mi serce, on na prawdę mnie kochał a ja robiłam mu takie świństwa. Byłam egoistką, pieprzoną egoistką.
-Nie chcę cię stracić- odetchnął głośno i pocałował mnie w czoło. -Jeżeli mi na to pozwolisz obiecuję że zaopiekuję się tobą i twoim dzieckiem, będę je kochał tak jak swoje, tak mocno jak kocham ciebie, tylko powiedz że ze mną zostaniesz.
Byłam zupełnie zmieszana, jeszcze trzydzieści sekund temu byłam pewna że nienawidzi mnie za to że zrobiłam mu takie świństwo, a teraz chce być ojcem dla nie swojego dziecka. To nie było normalne, i to w żadnym stopniu. A może to właśnie jest rozwiązanie?? Może o to właśnie w tym wszystkim chodzi, dzięki temu nie musiałabym niszczyć życia Luke'a, a moje dziecko miałoby kochającego ojca, nie chciałam się nad tym za długo zastanawiać, bo dotarłoby do mnie że to nie jest właściwe zachowanie. A chciałam uwierzyć że takie jest, chciałam zapomnieć o wszystkim i mieć na uwadze tylko to żeby moje maleństwo było szczęśliwe, a dla niego ta opcja była najlepsza.
-Dobrze niech będzie tak jak chcesz -odpowiedziałam starając się zapomnieć o tym jak bardzo łamie mi to serce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)