niedziela, 25 października 2015

Rozdział 41

Zaczynał się właśnie czwarty miesiąc mojej ciąży, wszystko w moim życiu zmieniło się diametralnie od kiedy zmieniło się moje myślenie, teraz nie było ważne to co czułam i czego chciałam, liczyła się ta mała kruszynka w moim brzuchu i to żeby ona była szczęśliwa. Właśnie dlatego zrezygnowałam z wyścigów i wycofałam się z całego mafijnego świata, teoretycznie wiedziałam że jeśli raz się w to wplączesz nie ma już odwrotu, dlatego byłam więcej niż pewna tego że moja przeszłość jeszcze kiedyś się o mnie upomni. Wolałam jednak jak najbardziej oddalać od siebie te myśli co w ostatnim czasie nie było takie łatwe, miałam wrażenie że moje życie na zmianę popada ze skrajności w skrajność. Jeszcze trzy miesiące temu nie miałam nawet minuty na to żeby usiąść w spokoju i poważnie zastanowić się nad swoim życiem, teraz było zupełnie odwrotnie. Max znalazł sobie pracę twierdząc że skoro jestem w ciąży, a on jest prawdziwym mężczyzną musi zapewnić mi dobrobyt przez co nie było go w domu prawie wcale, a mi pozostało siedzenie w samotności i rozmyślanie które powoli doprowadzało mnie do szału. Jednak dogłębne analizowanie każdej sekundy nie było niczym dobrym, raczej stwarzało więcej problemów których do tej pory nie było. Było jeszcze coś: wspomnienia które wracały do mnie niezależnie od mojej woli. Szczególnie prześladował mnie jeden obraz, oczy Luke'a kiedy ostatni raz na mnie patrzył, kiedy oboje wiedzieliśmy że to już koniec. Te oczy w niczym nie przypominały mi tych w które patrzyłam kiedy się przy nim budziłam wtedy były jasne, radosne, kiedy na mnie patrzył błyszczały w nich iskierki, jego ostatnie spojrzenie było inne z wierzchu zimne i wyrachowane, ale ja wiedziałam że to tylko jego poza, nie chciał pokazać mi, ani samemu sobie tego jak bardzo go to dotyka. Od zawsze taki był, niezwykle oszczędny jeżeli chodziło o wyrażanie uczuć, to że był impulsywny nie oznaczało że tak łatwo było zgadnąć co czuje, swoimi wybuchami złości nie raz umiał zakamuflować zawód, troskę, albo nawet to jak bardzo mu zależy.
Właśnie dlatego bardzo często kiedy zostawałam sama w domu opowiadałam mojemu maleństwu o jego prawdziwym ojcu, zdawałam sobie sprawę z tego że kiedy podrośnie to do Max'a będzie mówiło tato, i to było najgorsze, świadomość że nie tylko ja będę żyła w kłamstwie, ale skazuje też na to swoje dziecko. Cały czas tłumaczę sobie że robię to dla jego dobra, ale czy można kłamać dla czyjegoś dobra. Kłamstwo i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw, a wtedy zostanie już tylko złość. Takich rzeczy się po prostu nie wybacza.
Dlatego starałam się nie myśleć o przyszłości, całe moje plany wykraczały maksymalnie kilka miesięcy w przód. Jak na przykład te o naszym ślubie który miał się odbyć już za szesnaście dni, można powiedzieć że wszystko było dopięte już na ostatni guzik menu, tort, dekoracje, a nawet maja suknia którą trzeba było dopasować do moich nowych gabarytów. Max był perfekcjonistą do tego stopnia że wszystko musiało grać jak w zegarku, nie było mowy o żadnym odstępstwie od wcześniej ustalonego planu. To była kolejna jego cecha której nienawidziłam, ja wolałam iść na żywioł, podejmować decyzje pod wpływem impulsu, niż planować każdy szczegół z kilku miesięcznym wyprzedzeniem. Ale może to właśnie dobrze, teraz kiedy spodziewałam się dziecka potrzebowałam kogoś ustatkowanego, kogoś kto poukłada za mnie moje życie, nie ważne że wbrew temu w co wierzyłam, potrzebowałam stabilizacji.
Byłam do tego stopnia pogrążona w myślach, że nawet nie zauważyłam kiedy do gabinetu wszedł lekarz, ocknęłam się dopiero kiedy usiadł na przeciwko mnie kładąc na biurku teczkę z moim nazwiskiem. Była to trzecia wizyta kontrolna, na której miałam odebrać wyniki badań  zrobionych dwa tygodnie temu. Nie denerwowałam się, w ostatnim czasie czułam się coraz lepiej, dolegliwości z pierwszych dwóch miesięcy minęły, teraz mogłam cieszyć się idealnym spokojem czekając na moją upragnioną kruszynkę. Przynajmniej w teorii tak właśnie było.
Mężczyzna odetchnął ciężko przeglądając wyniki starałam się odczytać coś z wyrazu jego twarzy, ale dwie poprzeczne zmarszczki na jego czole nie wiele mi mówiły.
-Obawiam się że nie będę miał dla pani dobrych wiadomości. -Podniósł wzrok spoglądając na mnie, podparł brodę na rękach bacznie obserwując moją reakcję. Odruchowo przyłożyłam dłonie do brzucha, jego słowa mogły oznaczać tylko jedno, coś złego stało się z moim maleństwem. Zaczęłam szybciej oddychać, starałam się nie dramatyzować, ale w mojej głowie pojawiały się tylko najczarniejsze scenariusze, straciłam już wszystko na czym mi w życiu zależała, nie mogłam stracić mojego dziecka. To byłby koniec, koniec wszystkiego.
-Co to oznacza??-zapytałam, ale słowa z trudnością przechodziły mi przez gardło.
Lekarz jeszcze raz spojrzał na kartki leżące przed nim, teraz żałowałam że nie mogę rozszyfrować tego co na nich pisze, chciałam wiedzieć na czym stoję, chciałam wiedzieć co się dzieje że robi on z tego przede mną taką tajemnice.
-Ma pani złe wyniki, można powiedzieć że bardzo złe.
Wstrzymałam oddech. Nie dramatyzuj, tylko nie dramatyzuj, starałam się przekonać samą siebie że to nic takiego, że jego słowa nie koniecznie muszą oznaczać wyrok.
-Czy to oznacza że... -nie miałam siły żeby dokończyć zdanie, ale to było chyba na tyle jasne że nie musiałam tego wyjaśniać. Przybrał łagodniejszy wyraz twarzy, wydawało mi się że był nawet bliski tego żeby się uśmiechnąć.
-Nie, pani dziecko żyje i jest zdrowe.
Ulga jaką poczułam była niesamowita, wydawało mi się że ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Byłam tak szczęśliwa że dopiero po dłuższej chwili odezwał się mój rozsądek. Skoro z moim dzieckiem wszystko było w porządku jakie złe wiadomości miał mi do przekazania.
-Problem leży zupełnie gdzie indziej, pani organizm bardzo źle znosi tą ciążę, nie do końca wiem dlaczego, ale traktuje on dziecko jako rodzaj choroby, na którą produkuje przeciwciała, które z kolei zamiast atakować ciało dziecka zabijają panią od środka.
Wbiłam pusty wzrok w blat stołu, nie rozumiałam ani jednego słowa które wypowiadał mężczyzna. A właściwie to je rozumiałam, ale mój mózg szukał w nich ukrytego znaczenia, czegoś co wytłumaczyło by mi co się w ogóle ze mną dzieje.
-Pierwszy raz w mojej karierze spotykam się z takim przypadkiem, więc skonsultowałem się z najlepszymi lekarzami w kraju i ustaliliśmy że mas pani teraz dwie możliwości.
Zakaszlał chcąc przykuć tym moją uwagę, spojrzałam na niego, ale od razu tego pożałowałam, jego zatroskana twarz i współczucie niemal lejące się z jego oczu oznaczały kolejne złe informacje. W środku krzyczałam i z całej siły zaprzeczałam, ale na zewnątrz nie poruszyłam nawet małym palcem, nie mogłam sobie pozwolić na coś takiego. Nauczyłam się tego już bardzo dawno temu, za żadne skarby świata nie mogłam pokazywać moich słabości, bo nigdy nie wiedziałam kto mógł mnie obserwować i wykorzystać to w najmniej odpowiednim momencie.
-W zasadzie nie powinienem dawać pani wyboru, ponieważ etyka lekarska wymaga ode mnie tego żebym działał dla pani dobra, nawet wbrew pani woli, ale uważam że tak ważne decyzje każdy z nas powinien podejmować samodzielnie. Pierwsza możliwość jest gorsza, przynajmniej moim zdaniem, polega ona na tym że teraz przepiszę pani leki, dzięki którym przeciwciała nie dostaną się do ciała dziecka, dzięki temu będzie pani mogła donosić tę ciążę. Jednak wiąże się to z wielkim ryzykiem, nie mogę zapewnić pani tego że przeciwciała nie zabiją pani przed końcem tej ciąży, a nawet jeżeli uda nam się doprowadzić ją do końca nie ma pani szans na przeżycie porodu.-Przerwał czekając na moją reakcję, ale ja byłam myślami zbyt daleko stąd żeby cokolwiek powiedzieć. Odetchnął ciężko i zaczął mówić:- Druga opcja jest dużo lepsza, polega ona na tym że podda się pani aborcji, cały zabieg przeprowadzony będzie w znieczuleniu ogólnym więc niczego pani nie poczuje, później wykonamy szereg szczegółowych badań, dzięki którym ustalimy co jest powodem takiej sytuacji, kiedy uda nam się wyeliminować przyczynę będzie pani mogła zajść w ciąże która nie będzie zagrożeniem dla pani życia.
Oddychałam tak płytko że zaczynało kręcić mi się w głowie. Zacisnęłam zęby żeby się nie rozpłakać, kolejny raz wszystko co zbudowałam legło w gruzach, całe moje plany, moje marzenia, moja nadzieja, teraz już tego nie było. Niczego już nie było.
Nie miałam pojęcia co przedstawiał teraz wyraz mojej twarzy, ale lekarz podszedł do mnie i usiadł na kraju biurka kładąc dłoń na moim ramieniu.
-Rozumiem że jest pani teraz w szoku i potrzebuje czasu na decyzję, niech pani wróci do domu na spokojnie porozmawia z bliskimi na ten temat i podejmie odpowiednią decyzję.
Od razu domyśliłam się co miał na myśli mówiąc odpowiednią decyzję, jednak nie docierały do mnie żadne wytyczne. Bez słowa opuściłam gabinet nawet na chwilę nie odrywając wzroku od podłogi. Opadłam na krzesło w poczekalni, nogi miałam jak z waty, a całe ciało trzęsło mi się od płaczu którego nie umiałam już zatrzymać. Może i byłam słaba, ale mogłabym przysiąc że nie znałam ani jednej osoby która w takim momencie byłaby silna. Stałam na ruinach mojego życia, wszystko w co wierzyłam, wszystko co miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie upadło w jednej chwili, przez kilka słów lekarza które w moim przypadku oznaczały wyrok. W głowie kłębiły mi się miliony myśli, każda kolejna jeszcze gorsza od poprzedniej, chciałam się tym z kimś podzielić, oddałabym wszystko żeby mieć teraz przy sobie kogoś kto pomógłby mi to wszystko poukładać. Właśnie w tym momencie zdałam sobie sprawę jak ważne jest mieć przyjaciela, kogoś kto będzie przy tobie właśnie w takiej sytuacji, kto bez słowa po prostu cię przytuli, liczyła się obecność, bo w tym momencie żadne słowa nie były w stanie na mnie wpłynąć. Na co dzień otaczało mnie wielu ludzi, ale teraz potrzebowałam kogoś kto złapałby mnie za ramiona i mocno potrząsnął zapewniając o tym że niezależnie od tego co wybiorę on ze mną będzie, i spełniłby tą obietnice. Ale ja sobie na to zasłużyłam, zasłużyłam sobie na samotność i odrzucenie, po tym jak potraktowałam ludzi którym na mnie na prawdę zależało należała mi się nauczka. Dostaje się dokładnie to co dawało się innym, ja skrzywdziłam i odrzuciłam wszystkich moich przyjaciół, za co los każe mi płacić największą karę.
Sama musiałam się z tym zmierzyć, sama musiałam zmierzyć się z najtrudniejszą decyzją mojego życia. Właściwie nie zostawał mi żaden wybór, kochałam to maleństwo najbardziej na świecie, bardziej niż siebie, bardziej niż moje życie. Uśmiechnęłam się kiedy zdałam sobie z czegoś sprawę, od samego początku ta ciąża była dla mnie największym darem, ta diagnoza niczego nie zmieniała, wręcz przeciwnie, dzięki niej dostałam kilka miesięcy na naprawienie wszystkiego co zniszczyłam.
Wpadłam do gabinetu lekarza nie zawracając sobie głowy pukaniem.
-Podjęłam decyzję -oznajmiłam przyglądając się zdziwionemu wyrazowi jego twarzy. - Proszę dać mi lekarstwa. -Starałam się nad sobą zapanować, ale byłam tak bardzo podekscytowana, że emocje brały nade mną górę.
Odłożył  dokumenty które trzymał w rękach i popatrzył mi w oczy. Prawdopodobnie teraz miał mnie za chorą psychicznie, albo co najmniej mocno niestabilną uczuciowo. Ala ja miałam to gdzieś, nie chciałam tracić już ani sekundy, skoro zastało mi na tym świecie tak mało czasu musiałam spędzić go z osobami które kocham, błagając je o wybaczenie tego jak wielką egoistką byłam do tej pory.
Pokazał ręką na krzesło.
-Niech pani usiądzie i się uspokoi. Decyzje podejmowane pod wpływem impulsu często nie są właściwe, a tej konkretnej nie będzie pani mogła już odwrócić.
Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech zaciskając zęby. Nie rozumiałam dlaczego zawsze tak było, dlaczego wszyscy zawsze kwestionowali moje decyzje, zachowywali się zupełnie tak jakby lepiej znali się na moim życiu, jakby wiedzieli co jest dla mnie najlepsze pomimo tego że wcale mnie nie znali.
-Chcę te lekarstwa. Czy naprawdę tak ciężko to zrozumieć??-wykrzyczałam tracąc nad sobą panowanie.- To moje życie i moja decyzja, do pana zadań należy jedynie wypisanie głupiego świstka. Czy to na prawdę jest takie ciężkie?? Nie prosiłam o żadną psychoanalizę, ani o użalanie się nade mną, jestem dorosła i mam prawo o sobie decydować. Jasne??
Dyszałam ciężko wciąż nie mogąc do siebie dojść. Czułam jakby wszystko co robię działo się poza mną, jakbym opuściła swoje ciało i przyglądała się z boku całej tej sytuacji, nie poznawałam takiej siebie. Wiedziałam że o rzeczy które kocham jestem gotowa walczyć do końca, ale to był zupełnie nowy wymiar walki, tutaj sama dla siebie byłam wrogiem. Wszystko zależało od tego co we mnie było silniejsze, chęć życia, czy miłość do ostatniego elementu tego wszechświata który przypominał mi o tym że kiedyś byłam na prawdę szczęśliwa.
-Dobrze -powiedział lekarz dając za wygraną, wyciągnął z szuflady bloczek karteczek i położył je na biurku. -Przepiszę pani receptę, ale proszę się dwa razy zastanowić zanim weźmie pani pierwszą tabletkę.
-Dziękuję- powiedziałam ironicznie, wyrywając kartkę z jego ręki. Opuściłam gabinet tak szybko jak tylko się dało, nie chciałam słuchać kolejnych argumentów które miały mnie przekonać do zmiany decyzji, to co postanowiłam było ostateczne i nic już nie mogło tego zmienić.

Spakowanie się zajęło mi tylko kilka minut, postanowiłam wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy, nie potrzebowałam niczego co przypominało by mi ten czas, czas który straciłam będąc tak daleko od ludzi których kocham. Dziwiło mnie jedynie to jak głupia byłam do tej pory, jak mogłam wcześniej nie zauważyć czegoś co było tak oczywiste, chciałam wierzyć w to że jestem silna i niezależna, w to że sama jestem w stanie zaplanować sobie szczęście. Tymczasem nie widziałam go nawet wtedy kiedy stało kilka centymetrów ode mnie. Byłam idiotką, zwyczajną idiotką, teraz mogło być już za późno na wszystko, byłam przygotowana na to że Luke może mi tego nigdy nie wybaczyć, przecież przez ten czas mógł już sobie poukładać życie i być szczęśliwym, ale musiałam spróbować, nadzieja była wszystkim co mi zostało w obecnej sytuacji.
Większość ludzi na moim miejscu robiła by sobie wielki rachunek sumienia, zamartwiali by się jak wiele jest im odbierane, na jak wiele rzeczy zabraknie im czasu. Ja myślałam o tym zupełnie inaczej, dzięki tej diagnozie otwarły mi się oczy, zrozumiałam że byłam bliska popełnienia największego błędu w swoim życiu, miałam wyjść za kogoś, do kogo tak naprawdę nic nie czuję. Ale wszystko się zmieniło, dostałam drugą szansę którą mogę wykorzystać na naprawienie błędów i bycie naprawdę szczęśliwą, niezależnie od tego ile miało to trwać.
Nie czułam smutku czy złości, wręcz przeciwnie, czułam euforię która rozpierała mnie od środka na samą myśl o tym że za jakieś dwadzieścia cztery godziny zobaczę Luke'a, niczego nie oczekiwałam, ani nie wymagałam, wiedziałam że nie rzuci mi się na szyję z radości po tym co mu zrobiłam, ale chciałam jeszcze raz spojrzeć w jego oczy i powiedzieć mu jak bardzo go kocham. Tylko tyle, a może raczej aż tyle.
Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer do Jai'a, chciałam się z kimś podzielić tą informacją, chciałam porozmawiać z kimś kto ucieszy się z mojego powrotu, teraz potrzebowałam pewności że ktoś tam na mnie czeka, że kiedy wysiądę z samolotu będę mogła wreszcie przytulić się do mojego przyjaciela. Przez ten cały czas nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jak bardzo za nim tęskniłam, cały czas cierpiałam nie mając osoby której mogłabym o wszystkim powiedzieć, dusiłam się tłumiąc to wszystko w sobie.
-Hej Jess co tam u ciebie??- przerwał moje rozmyślania swoim jak zawsze radosnym tonem.
-Wracam -niemalże wypiszczałam, budowanie napięcia zdecydowanie nie należało do moich mocnych stron.
-Jak to wracasz?? Gdzie?? Kiedy??
-Za kilka godzin mam samolot, jeszcze przed południem będę u was- oznajmiłam. Sprawiło mi to dużo większą przyjemność niż się tego spodziewałam. Wiedziałam że przed nim nie jestem w stanie niczego ukrywać, a już na pewno nie kiedy będziemy się spotykać twarzą w twarz. Do tej pory zawsze kiedy rozmowa schodziła na złe tory po prostu się rozłączałam, teraz nie będzie takiej możliwości, ale może to właśnie lepiej, dzięki temu nie będę miała okazji żeby go okłamywać, a to była rzecz której nienawidziłam najbardziej na świecie.
-Jessica co się dzieję skąd ta nagła zmiana planów??- jego poważny ton oznaczał że nie obejdzie się bez odpowiedzi.
-Nigdy nie słyszałeś o tym że kobiety są zmienne??-starałam się obrócić całą sytuację w żart.
-Nie ściemniaj-skwitował krótko. -Jeszcze kilka dni temu nie chciałaś nawet słyszeć o powrocie, uważałaś że to tam jest twoje życie, i nagle z dnia na dzień postanawiasz wrócić?? Co się stało??
Zacisnęłam zęby, nie chciałam mówić mu o mojej diagnozie, a przynajmniej nie w ten sposób. Kiedyś musiał się o wszystkim dowiedzieć, w końcu był kimś kto znał mnie doskonale, czasami wydawało mi się że nawet lepiej niż ja samą siebie.
-To nie jest rozmowa na telefon, opowiem ci wszystko kiedy się spotkamy.
Zakończyłam rozmowę. Ostatni raz udało mi się w ten sposób uniknąć wyjaśnień, jutro miał nadejść dzień prawdy, wszyscy mieli się dowiedzieć o tym co starałam się ukrywać od kilku miesięcy. Na samą myśl o tym jak Jai zareaguje kiedy dowie się jaką decyzję podjęłam ściskało mnie w żołądku. Jak miałam mu to powiedzieć?? Jak powiedzieć komukolwiek że wybrało się taką drogę?? Jak powiedzieć że zostało mi maksymalnie pół roku życia??
Zacisnęłam powieki chcąc zatrzymać łzy. Położyłam ręce na brzuchu żeby przypomnieć sobie po co to wszystko. Nikt nie musiał tego rozumieć, ważne że ja wiedziałam że to maleństwo w moim brzuchu jest tego warte, ono jest warte każdego poświęcenia.
Jednak coś w moim życiu się zmieniło, do tej pory byłam bardziej dziecinna, uciekałam kiedy robiło się trudno, Luke wiedział o tym najlepiej. Nigdy nie umiałam rozmawiać z ludźmi, zawsze robiłam co w mojej mocy żeby ich nie ranić, dlatego zostawiałam tylko listy, to było dużo łatwiejsze niż rozmowa, i wysłuchanie tego co ktoś miał do powiedzenia. Może to kwestia tego że zawsze ulegałam, kiedy widziałam że decyzja którą podjęłam kogoś rani zmieniałam ją, nie umiałam patrzeć na ludzkie cierpienie. Byłam słaba, teraz było inaczej, tym razem nie miałam zamiaru uciekać, chciałam pierwszy raz w moim życiu stawić czoła moim lenkom. Rozmowę z Max'em zaplanowałam w każdym nawet najmniejszym szczególe, nigdy nie byłam fanką planów, ale tym razem mógł mi się on przydać. Jeśli wykonywała bym go punkt po punkcie wszystko miało pójść jak z płatka.
Kiedy usłyszałam otwierane drzwi serce we mnie zamarło, teraz chciałam uciec, chociaż nie miałam już na to szans. Stało się, decyzja została podjęta, teraz muszę zrobić to co konieczne.
-Cześć kochanie- usłyszałam radosny głos Max'a. Kiedy wszedł do salonu zastygł w bezruchu przyglądając mi się pustymi oczami. Nie był głupi, doskonale wiedział co oznaczają moje walizki. Teraz moja kolej, kolej na wytłumaczenia.
-Max musimy poważnie porozmawiać- wstałam z kanapy usiłując zachować neutralny wyraz twarzy.
-Nie -zaczął rozpaczliwie.- Proszę cię nie.
Spojrzał na mnie załzawionymi oczami, błagającymi o litość. Właśnie tego się bałam, od samego początku o to mi chodziło. Teraz czułam się winna, on nie zasłużył na takie traktowanie, był dla mnie dobry przez cały ten czas. Mało tego on był przy mnie wtedy kiedy nikogo innego nie było. Wyrzuty sumienia będą mnie męczyć już do końca, ale tak miało być. Podjęłam decyzję i musiałam się zmierzyć z jej konsekwencjami.
-Byłeś i już na zawsze pozostaniesz bardzo ważną osobą w moim życiu, pokochałeś mnie taką jaka  jestem, ze wszystkimi moimi wadami, i problemami które ci sprawiałam. Dzięki tobie uwierzyłam że można mnie kochać bez żadnych warunków i wymagań, że ja naprawdę zasługuje na taką miłość. Ale ty też na to zasługujesz, zasługujesz na to żeby ktoś pokochał ciebie tak mocno jak ty pokochałeś mnie, żeby ktoś nie widział świata poza tobą. Ja nie jestem w stanie ci tego dać, nie jestem w stanie pokochać cię tak jak na to zasługujesz. -Zsunęłam z palca pierścionek zaręczynowy i położyłam na stole. - Każde z nas zasługuje na prawdziwe szczęście którego nie jesteśmy w stanie dać sobie nawzajem. Przepraszam że tak długo pozwoliłam ci wierzyć w coś co nie miało szans na przetrwanie.
Wzięłam torbę i ruszyłam w stronę drzwi, nie patrzyłam na niego, nie byłam aż na tyle silna, chciałam jak najszybciej to zakończyć i znaleźć się w samolocie. Mijając go zauważyłam jak głęboko oddychał, serce łamało mi się na drobne kawałeczki kiedy myślałam o tym co on teraz czuje, nie mogłam tego robić, nie mogłam stawiać się na jego miejscu. W momencie w którym złapałam za klamkę poczułam jak jego silne ramie oplata mnie w talii krępując ruchy, jego dłoń spoczęła na moich ustach uniemożliwiając mi wezwanie pomocy. Zaczęłam się szarpać, ale tylko mocniej przyciągnął mnie do sobie.
-Myślałaś że tak po prostu pozwolę ci odejść??- zapytał ochrypłym głosem.
Nie znałam takiego jego oblicza, i chyba wolałabym go nigdy nie poznać. Uspokoiłam się, przypomniałam sobie sytuację sprzed trzech miesięcy, kiedy dowiedział się o tym że jestem w ciąży, wtedy też zareagował agresją, ale później wróciło jego normalne oblicze, miałam nadzieję że i tym razem tak właśnie będzie.
-Przez dziewięć miesięcy cały czas się tobą opiekowałem, byłem przy tobie przez ten cały czas, znosiłem wszystko, twoje humorki, zachcianki, nawet to że nie pozwoliłaś się dotknąć. Tolerowałem to że to on jest na pierwszym miejscu, że to jego kochasz bardziej, ale nie pozwolę ci odejść, nie pozwolę ci do niego wrócić. Jesteś i będziesz już tylko moja.
Oddychałam płytko, nie mógł mi tego zrobić nie mógł zatrzymać mnie tu siłą, całe moje ciało wypełniała adrenalina, byłam gotowa do walki o swoją wolność. Zaczęłam się szarpać kiedy ruszył ze mną w stronę schodów, liczyłam na to że mój opór w końcu go złamie, że rozluźni uścisk na tyle żebym mogła się z niego wyswobodzić.
Kiedy pokonaliśmy schody zwątpiłam w to że cokolwiek uda mi się jeszcze zrobić, policzki zrobiły mi się mokre od łez, nie chciałam żeby to tak się skończyło, Max nie miał pojęcia o tym że jestem chora, nie miał pojęcia o tym że powinnam brać lekarstwa. A bez nich ani ja, ani moja mała kruszynka nie mieliśmy szans na przeżycie. Nie mogłam pozwolić na to żeby to wszystko skończyło się właśnie w ten sposób.
Udało mi się wymierzyć mu łokciem cios w brzuch, puścił mnie zwijając się z bólu. Od schodów dzieliły mnie cztery kroki, zdążyłam wykonać dwa zanim poczułam jak jego dłonie z miażdżącą siłą zacisnęły się na moich ramionach. Podniósł mnie i wrzucił do sypialni zamykając za sobą drzwi, zaczęłam bić w nie pięściami i kopać z całej siły. Wreszcie bezsilna usiadłam na podłodze, dławiąc się własnymi łzami.
-Wypuść mnie błagam-wyszlochałam.
-Nie ma mowy- odpowiedział ostro. -Nie wyjdziesz stąd dopóki nie zmądrzejesz.
Zakryłam twarz dłońmi usiłując się uspokoić. Co teraz?? Przecież musiało być jakieś wyjście, nie mogłam tutaj zostać, to była kwestia życia albo śmierci, a w takiej sytuacji nie przyjmuje się pod uwagę przegranej. Z tylnej kieszeni jeansów wyciągnęłam przedmiot który uwierał mnie już od dłuższego czasu. Spojrzałam na książeczkę, i podziękowałam Bogu w myślach. Zawsze przed wylotem trzymałam paszport i bilet na samolot przy sobie, ze względy na to że lubiłam zapominać niektórych rzeczy. To oznaczało że bez problemu mogłam polecieć do Los Angeles, wystarczyło jedynie dostać się na lotnisko. Podbiegłam do okna i otworzyłam je, nasza sypialnia znajdowała się na pierwszym piętrze, pokonywałam już dużo trudniejsze zadania, co z tego że wtedy nie byłam w ciąży, musiałam sobie poradzić. Ściągnęłam prześcieradło z łóżka i przywiązałam je do jego nogi, nie wyglądało to zbyt bezpiecznie, ale musiało mi wystarczyć. Stanęłam na parapecie i powoli zaczęłam schodzić na dół trzymając Się prześcieradła. Kiedy moje stopy dotknęły ziemi uznałam że mam dziś szczęście. Ogromne szczęście.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Oto i nowy rozdział, wiem długo to trwało ale studiowanie ssie XD
A tak serio proszę o komentarze kochani bo to bardzo motywuje
Kocham was ;*
Jess

3 komentarze:

  1. Co tu się dzieje :o
    Jdjskhskskbsj ona chce wrócić! <3 aww oby to sie udało..
    Czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham, kocham, kocham, kocham!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. jezu ja płaczę w każdym rozdziale XD
    przyznam się XD na początku było mi szkoda Maxa, ale potem chciałam go udusić XD
    EWWW <3 oby się udało ^^

    ps. zapraszam do siebie :*
    zaczynam od nowa <3

    PS. BOSSKIII ♥

    OdpowiedzUsuń